Translate

niedziela, 23 sierpnia 2026

Bez tytułu

 




Znalazłem dziś swoje zeszyty, w tym archiwalne z poezją wieku dorastania, oraz z zapiskami z Anglii, gdzie byłem dość głodny pod względem pisarskim.

Sześć lat temu rzuciłem definitywnie palenie i od tamtego czasu z pisaniem było mi nie po drodze – bardzo źle mi się pisze długopisem, bo robię to bardzo rzadko. Moje pismo jest niedokładne i koślawe, a po napisaniu jednej strony boli mnie już ręka.
Długo nie piałem – nie dlatego, że nie było we mnie tej pierwotnej potrzeby, ale raczej dlatego że uciekałem od tego wglądu w swoją duszę. Bałem się tam zaglądać, bo często znajdowałem ból, niespełnienie, głód, tęsknoty, stare blizny…

Od dziewięciu lat jestem w związku małżeńskim i mimo tego że na większości pól czuję się spełniony, lub zaspokojony, to wiele potrzeb mam przyduszonych w tym potrzebę samotności – długi temat na inną okazję. Nie idealizowałem nigdy małżeństwa i zawsze traktowałem to jako pewną życiową drogę.

Łapię się coraz częściej na tym, jak wiele w swoim życiu spraw przeczekuję. Wielu rzeczy nie byłem świadomy, a coraz częściej to do mnie dociera. To trochę strategia przetrwania, wentyl dla głowy, by za bardzo nie dać się zjeść stresowi. Czas niestety nie stoi w miejscu, choć często mamy takie wrażenie. Kolejne dni często wydają się kalką poprzednich i sprawiają iluzję braku upływu czasu.
Teraz mam taki okres, że częściej odczuwam dolegliwości związane ze zużyciem ciała; wychodzą na wierzch coraz częściej nowe schorzenia. Wypicie kilku piw raz na kilka tygodni wywołuje we mnie ostre stany alergiczne, do tego problemy jelitowe, oraz nawracające hemoroidy. Mam 43 lata na karku (prawie) i przez ¾ swojego życia eksploatowałem się mocno, często do granic możliwości.
Przez długie lata wydawało mi się, że pisanie bez dymu jest niekompletne. Przez wiele lat nikotyna działała na mnie stymulująco i dawała dodatkową „wenę”. Ten mechanizm z czasem się jednak wyeksploatował, a ja i tak jeszcze przez lata trwałem w tym jałowym nałogu niczym w toksycznym związku z osobą o skłonnościach narcystyczno- psychopatycznych. Wydawało mi się, że złoty zestaw to poranek z kawą i skrętem, a dziś coraz częściej zamiast kawy wybieram yerbę (do której wróciłem po latach), herbatę lub inne zioła. Choć dalej najczęściej zaczynam dzień od kawy. Czasami czuję na ulicy zapach, lub smród (w zależności od okoliczności) palonego tytoniu i zastanawiam się, jak mogłem się tym przez tyle lat narkotyzować, niszcząc swój mózg i ciało.

Na szczęście to rozstanie jest definitywne, bo nie ma tam już nic seksi (dla mnie). Nie łykam już tych złudzeń serwowanych za chmurą dymu. Zacząłem sobie jednak pozwalać na małą przerwę na fajkę, tą chwilę dla siebie – czy to w pracy czy czasami w domu na balkonie przy jakimś naparze. Przez lata sobie tego odmawiałem czując, że czegoś mi brakuje (teraz to jedyne czego mi brakuje to gór i młodości).
Przez lata żyłem też seksem – różne ciała, różne relacje. To też się we mnie wypaliło. Po pierwsze biologicznie nie mam już takiego parcia, a żyjąc z jedną kobietą przez wiele lat ten pociąg też słabnie. Owszem można szukać nowych podniet dla seksualności, ale nie chcę już dalej iść w te tematy, bo z czasem człowiek szuka coraz większych perwersji, a nie chcę iść w tą stronę.
Czasem pojawia się też motyw pornografii i masturbacji, ale to też jałowy i wyniszczający temat zastępczy. Coraz bardziej kręci mnie nie to czego chciałbym w seksie doświadczać, więc będę z tego po prostu rezygnował, zamiast nakręcać się ciągle do szukania i zaspokajania nowych podniet. Na szczęście wiek sprawia, że nie jestem już za bardzo atrakcyjny dla młodych kobiet. Do tego nie mam statusu, nie jestem sławny nie pokazuję ubiorem i stylem życia przepychu i bogactwa. Nie jestem po prostu szczeblem do wejścia wyżej w drabinie społecznej i cieszy mnie to. Nie kręci mnie władza i poczucie bezkarności, które można kupić za wpływy i pieniądze. Drugim Epsteinem nie zostanę. Choć jego przykład pokazuje jak odpowiednie czynniki mogą deprawować. Taki współczesny markiz de Sade, choć przypuszczam że w świecie grubych ryb on jest jedynie płotką.
Większe podniety mam ostatnimi laty przy spekulacji, lub zarabianiu pieniędzy przez inwestowanie (choć najczęściej wybieram ostatnio nudną, ale bezpieczną formę długoterminową). Jest w tym pewnego rodzaju napięcie, które jest bardzo podobne i działa na te same receptory co seksualność. Wiem jednak że spekulacja to nie moja bajka – czasem coś na tym zarabiałem i nawet byłem w tym na plusie, a czasem traciłem. Największą frajdę sprawiała mi gra przeciwko trendowi, ale tu najczęściej bywał kubeł zimnej wody. Może i mógłbym to jakoś bardziej kontrolować, ale ilość czasu i napięcia które to we mnie powodowało jest niewspółmierne do efektu, który z tym się wiązał, tym bardziej że nie mam przewag nad innymi w postaci kapitału czy informacji. W moim przypadku był to pewnego rodzaju hazard. Fakt robiłem to coraz mądrzej, zabezpieczałem kapitał przed nadmierną stratą, ale albo myliłem kierunek trendu, albo za małym kapitałem grałem żeby zabezpieczać zyski, albo za niskie Stop Lossy mi wycinały pozycje, albo swap mi zżerał zyski itd. Był to dla mnie pewnego rodzaju hazard, który nie jest moją bajką (albo właśnie jest, bo kręcą mnie emocjonujące zabawy) bo poleciałbym w tym ogromnie, bo mam słabość do nałogów, ale jest to równanie o sumie ujemnej (jak życie) – zawsze będę stroną, która na tym ostatecznie straci. Trzymam się więc tego co nudne, czyli inwestowania długoterminowego i choć nie ma w tym nic seksi (albo mało), to mam spokojną głowę i nie muszę tego co 10min.sprawdzać, patrzeć jaki jest trend i wyznaczać granic ryzyka. Powoli i systematycznie powiększam ten bufor możliwości i niezależności – szkoda że nie rozumiałem tego będąc w Anglii (i nie miałem takich technologii w telefonie), bo kapitał zarobiony tam rozrósłby się dość szybko i mocno. Możliwe że dziś byłbym już na emeryturze, bo kryzys w 2008 roku dał ogromne możliwości inwestycyjne. Wtedy żyłem jednak innymi sprawami i może gdyby nie tamten okres nie byłbym w tym miejscu co dzisiaj. Zawsze nasz wybór jest też brakiem i wyboru czegoś innego…


Wrocław, Partynice 26.07.2026r


środa, 17 września 2025

Końcówka lata

Lato powoli się kończy. Przedostatnia niedziela wakacji. Mimo chłodu parki pełne ludzi, prawie jakby to był pierwszy ciepły dzień w roku. Wszyscy na zapas próbują “nałykać się” słońca. 



Latem zawsze tęsknię za późno jesiennymi, lub zimowymi terenami zielonymi w mieście. Nie dlatego że nie lubię ciepła, ale nie lubię tłumów. Gdy robi się ciepło wszyscy nagle przypominają sobie że istnieją parki. Wystarczy wyjechać kawałek od miasta i wszystko wraca do normy - ludzie jednak muszą chodzić do pracy.



Został mi jeszcze tydzień urlopu i trzeba będzie wrócić do codziennego życia. Chcę wykorzystać ten czas na pogrupowanie i uporządkowanie spraw, oraz sporządzenie planu do końca roku. Niestety mój plan przejścia szlaku dookoła Wrocławia się posypał, bo nie jestem tego w stanie zrobić z synem - nie jest jeszcze na to gotowy, a nie chcę go zniechęcić do pieszych wędrówek. 

Chcę jednak wyciągnąć z tego czasu (urlopu) jak najwięcej i przełożę swój plan na weekendy we wrześniu i październiku lub nawet na późną jesień. Potrzebuję tego odpoczynku na łonie przyrody, spokoju i bycia samemu ze swoimi myślami. Oczyścić umysł wędrówką, przepompować ciało natlenioną krwią i zasnąć słuchając odgłosów nocy - pewnie w oddali będę słyszał samochody(nie idę w góry), ale mimo wszystko będzie ciszej niż w mieści. Ciekawy jestem tego szlaku, po pierwsze ze względu na jego dostępność, po drugie dlatego że mniej więcej ⅓ znam z rowerowych przejażdżek (zwłaszcza północ i południe). Kolejnym powodem tej trasy jest chęć przetestowania sprzętu w warunkach bezpośrednich i przypomnienie sobie jak to jest być na szlaku...






niedziela, 14 września 2025

Zielony Cypel - chwila zadumy na werandzie

 

Chwila odpoczynku w tym zabieganym świecie. Siedzę sobie na werandzie przy domku nad jeziorem Lubiąż. Jest przyjemnie i rześko - lekki wiatr i słońce. Jesteśmy tu od wczoraj, a jeszcze w pełni to do mnie nie dotarło. Jeszcze wydaje mi się to abstrakcyjne. Trzeba złamać swoje schematu i przyzwyczajenia i to najbardziej w tym wszystkim lubię. Czas niestety nie gra na moją korzyść, więc trzeba wyszarpywać te krótkie chwile braku obowiązków.

Od kilku dni jestem na antybiotyku. Zawalone zatoki i ból gardła, ale powoli "wychodzę na prostą". Powoli akceptuję ten stan rzeczy - najpierw zwichnięta kostka, potem kilka infekcji przetaczających się po moim organizmie jedna po drugiej. Na początku była złość i irytacja, ale teraz już z tym nie walczę,

Lato powoli mija tak jak i moje życie też już weszło (definitywnie) w tą drugą część - tą która uczy pokory i zdania się na to co przyniesie jutro. Za kilka dni miną mi 42 lata na tej ziemi. Uważam że mam dobre życie, ale też uczę się nie pragnąć za dużo, cieszyć się tym co jest i doceniać to. Raczej umiar niż hedonizm. Ogólnie to jestem szczęśliwy choć wiele rzeczy mogło by być lepiej, ale to nie ma znaczenia. Po prostu będę sobie działał w kilku kierunkach by powoli poprawiać swoje życie – czy to zdrowie (które czasami traktuję jakbym miał 30 lat i eksploatuję zbyt intensywnie), czy to obszary rodzinne, które zawsze można polepszać, czy to w końcu finansowe. Nie łudzę się już że będę kimś sławnym (w jakimś stopniu i przez krótką chwilę miałem tego posmak, choć na małą skalę), nie łudzę się że będę milionerem (a przynajmniej raczej nie przed emeryturą), choć powoli i sukcesywnie zwiększam swoje zasoby.

Wspominałem dziś moje, pierwsze miłości, to jaki miałem zapał w odkrywaniu tego bycia z drugą osobą. Lubię wracać do tych czasów w myślach, choć nie żałuję że wszedłem w wiek średni, gdzie wszystko jest jakby przytłumione i odarte z tej świeżości. Pobyt nad jeziorem przypomina mi czasu wyjazdów na Mazury, tych momentów gdzie każdy krok był świeży i chciało się wszystkiego spróbować. To dawno minione poczucie „nieśmiertelności”, sprawczości i ogromnej wiary w swoje możliwości. Czasy gdy ograniczała nas tylko fantazja lub możliwości finansowe...




środa, 5 marca 2025

Trochę...


               Mierzę się z przeszłością. Z pisaniem, yerba mate, Kalamburem, byciem niezależnym – sam sobie okrętem i sterem. Dziś próbuję się odnaleźć w kilku „kliszach” z przeszłości, które już nie istnieją, a został po nich jedynie zamazany obraz.

W sumie to nie wiem o czym pisać i nie wiem jak pisać. Długopis w mojej dłoni jest jak kawałek drewna w ręku niemowlaka – jakiś obcy element, który do niczego nie pasuje. Zapominam jak się pisze długopisem – tak rzadko to robię.

               Jestem tu anonimowy, starszy prawie dwukrotnie od innych uczestników tego miejsca. Młode dziewczyny rozmawiają o pierdołach, jakby świat od tego zależał, ale za to robią to pełnią siebie, z zapałem i wiarą w to co mówią. Tego im trochę zazdroszczę.

Trochę zdziadziałem, trochę stałem się nihilistą i cynikiem. Niby jeszcze nie jest najgorzej, ale to zawsze w porównaniu z czymś lub z kimś. Tu są wszyscy młodzi więc….

Trochę czuję się jak szpieg (dziewczyny gadają o apostazji), trochę jak intruz. Z ceramiczną tykwą wypełnioną mate.

Znów czuję że „Kalamburem”  próbuję złapać wenę, popchnąć moją grafomanię w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku, złapać bodźce, zahaczyć się o jakieś „znane”, poczuć trochę gruntu pod nogami, zanim zacznę coś z tego lepić.

To taka trochę jaskinia zbójców, ciepła dziurka, spelunka, gdzie można (było?) „na artystę” poderwać jakąś małolatę, która chce doświadczać życia a potrzebuje jakiegoś dodatkowego potwierdzenia, żeby pójść dalej, „coś ponad” prozę życia i zwykłą biologiczną chęć…Jaskinia zbójców, gdzie owi zbójcy są już gatunkiem na wymarciu.

Trochę jak patrzenie się przez szybę na wystawę z luksusowym towarem, jak gapienie się na szwajcarskie zegarki na które nie będzie mnie nigdy stać i fantazjowanie co by było gdyby. W głębi duszy jest jednak to poczucie, które może z początku jest lekko nieprzyjemne, lecz potem się można przyzwyczaić, że to już minęło i nie ma powrotu. Jest jeszcze ten cichy impuls, kaprys poczucia tego dreszczyku podniecenia, mimo świadomości że to się już więcej nie wydarzy. To jak mgliste wspomnienie dawno porzuconego nałogu, za którym pozostaje jeszcze blady ślad nostalgii.

Łapanie się okruchów, ogrzewanie się w popiele… na szczęście jestem trzeźwy, bo nie jestem w tym wszystkim tak żałosny jak mógłbym być. Jedynie to miejsce… jakby czas się go nie imał. Dalej  trwa jak trwało. W powietrzu zamiast dymu nikotynowego zapach kadzideł.

Średnia wieku jednak mocno się podniosła, więc zmieniła się dynamika tej przestrzeni. Turyści mają w dupie to że nie mają już dwudziestu lat.



Siedziałem chwilę na schodach – tyle wspomnień łączy mnie z tym miejscem, choć tak już odległych w czasie.

Moja przechowalnia, moja postarzalnia. Dziewczyny mają ostre makijaże, ale miękkie serca. Nic się nie zmienia, a zarazem zmienia się wszystko

sobota, 1 grudnia 2018

Przełom


Nie pisałem unikając wszelkich form uzewnętrzniania się (poza fejsbukiem i instagramowymi zdjęciami). Nie mogłem przeskoczyć pewnych blokad i uciszania myśli przez prostą rozrywkę. W końcu w umyśle znalazła się przestrzeń. Unikam używek – telewizji, gier komputerowych, alkoholu, tytoniu itp. ; cały czas to poszerzając.

W piątek mój organizm powiedział dość – dopadła mnie choroba i to było katalizatorem zmian. Dziś już czwartek i trzeci dzień nie palę: tym razem podjąłem inną formę wyjścia z nałogu – plastry z nikotyną. Terapia jest droższa niż tabletki z cytozyną, ale też dużo bardziej łagodna – wchłaniając nikotynę przez skórę mogę w każdej chwili zapalić, choć nie chcę tego ze względu na samopoczucie po wypaleniu tytoniu.

Świat mi się skurczył, rozszerzając jednocześnie. Z jednej strony mój dzień skupia się na dwóch osiach: praca – dom i mam dwa etaty (jeden w pracy, a drugi w domu). Rozszerzanie jest związane z potomkiem, który staje się coraz bardziej skomplikowaną jednostką, wymagającą coraz więcej uwagi. Oczywiście ogranicza mnie to jak każdego mężczyznę, a z drugiej strony nie chciałbym wrócić do stanu poprzedniego. Mój syn jest moim celem w życiu, kierunkiem i drogą. Jestem z jednej strony spełniony, bo stworzyłem coś co jest większe od każdej składowej – rodzinę, a z drugiej strony to dopiero początek – wszystko jest w ruchu i ciągle się zmienia. Ja jedyne co mogę, to napędzać to koło życia nie zaniedbując żadnego elementu – w tym siebie.

18-20.10. 2018r.


Ulotna myśl


Złapać ulotną myśl, zatrzymać niezatrzymywalne. Przyzwyczajamy się do zmian, ale zawsze za późno, bo rzeczywistość jest już o krok przed nami.

W wózku leży niemowlę – mój syn, nowy byt - nieukształtowany (czy kiedyś można się ukształtować, jeżeli ciągle jesteśmy coraz bardziej złożonym tworem?). O czym myśli patrząc i obserwując ścianki wózka i machając rękami, nad którymi nie ma jeszcze kontroli?

Nie wierzę w człowieka i ludzkie idee. Po tym co ludzkość „dokonała” w XX wieku nie mam już w nią wiary. Na razie jest stabilnie i autodestrukcja jest względnie pod kontrolą. Ekspansja jednak trwa, mimo widocznego braku przestrzeni
3.05.2018r.


Noc w Tuluzie




Nadszedł czas powrotu – długi czas. Za pięć i pół godziny mam autobus do Wrocławia i spędzę w nim 30 godzin. Będzie ciężko. Jestem w Tuluzie. Mieście pełnym kontrastów, gdzie koło hoteli lub w bramach śpią bezdomni. Czarni i szarzy.

Miasto pełne ogródków kawiarnianych, gdzie mimo nadchodzącej północy jest pełno turystów. Kontrastują z tym jego ciemne strony – alkohol, prostytutki, narkotyki i bezdomni, jak to w każdym dużym mieście w Europie.

Często w podróżach jestem pytany, czy nie boję się spać w nocy w lesie. Nie bardzo, choć są momenty, gdy takie sytuacje się pojawiają. Boję się za to dużych miast, bo to one są tak naprawdę niebezpieczne, boję się weekendów w dużych miastach tuż nad ranem. Wtedy bywa niesympatycznie.

Znalazłem gniazdko elektryczne i stolik. Pełna kulturka na dworcu kolejowym.

Ciekawie być turystą. Patrzy się na świat inaczej. Widzi się więcej, lecz jednocześnie widzi się siebie na miejscu napotkanych, obcych ludzi. Bez filtrów codzienności. Ja dodatkowo mam barierę językową, więc czuję się bardziej wyalienowany. Ludzie na mnie różnie patrzą (po dwumiesięcznej pieszej podróży) – czasem z niesmakiem, czasem z zaciekawieniem, ale najczęściej obojętnie – takie czasy nastały, gdy ludzie są „letni”

Ktoś zaczął grać na pianinie, które jest w poczekalni. Od razu zrobiło się weselej tej piątkowej nocy.

Śmierdzę – mam przepoconą koszulę i nic na to nie mogę poradzić. Drugą, która mi została mam mokrą w worku w plecaku i pewnie śmierdzi już jeszcze bardziej po upalnym dniu. Mi to za bardzo nie przeszkadza, ale współczuję ludziom, którzy będą ze mną jechać autobusem. Nie ma rady – musimy to jakoś wytrzymać – te 31 h wspólnej udręki, zamknięci w ciasnej przestrzeni.


Tuluza, Francja 25 sierpnia 2017r.