Sześć lat temu
rzuciłem definitywnie palenie i od tamtego czasu z pisaniem było mi
nie po drodze – bardzo źle mi się pisze długopisem, bo robię to
bardzo rzadko. Moje pismo jest niedokładne i koślawe, a po
napisaniu jednej strony boli mnie już ręka.
Długo nie piałem
– nie dlatego, że nie było we mnie tej pierwotnej potrzeby, ale
raczej dlatego że uciekałem od tego wglądu w swoją duszę. Bałem
się tam zaglądać, bo często znajdowałem ból, niespełnienie,
głód, tęsknoty, stare blizny…
Od dziewięciu lat jestem w związku małżeńskim i mimo tego że na większości pól czuję się spełniony, lub zaspokojony, to wiele potrzeb mam przyduszonych w tym potrzebę samotności – długi temat na inną okazję. Nie idealizowałem nigdy małżeństwa i zawsze traktowałem to jako pewną życiową drogę.
Łapię się coraz
częściej na tym, jak wiele w swoim życiu spraw przeczekuję. Wielu
rzeczy nie byłem świadomy, a coraz częściej to do mnie dociera.
To trochę strategia przetrwania, wentyl dla głowy, by za bardzo nie
dać się zjeść stresowi. Czas niestety nie stoi w miejscu, choć
często mamy takie wrażenie. Kolejne dni często wydają się kalką
poprzednich i sprawiają iluzję braku upływu czasu.
Teraz mam
taki okres, że częściej odczuwam dolegliwości związane ze
zużyciem ciała; wychodzą na wierzch coraz częściej nowe
schorzenia. Wypicie kilku piw raz na kilka tygodni wywołuje we mnie
ostre stany alergiczne, do tego problemy jelitowe, oraz nawracające
hemoroidy. Mam 43 lata na karku (prawie) i przez ¾ swojego życia
eksploatowałem się mocno, często do granic możliwości.
Przez długie lata wydawało mi się, że pisanie bez dymu jest
niekompletne. Przez wiele lat nikotyna działała na mnie stymulująco
i dawała dodatkową „wenę”. Ten mechanizm z czasem się jednak
wyeksploatował, a ja i tak jeszcze przez lata trwałem w tym jałowym
nałogu niczym w toksycznym związku z osobą o skłonnościach
narcystyczno- psychopatycznych. Wydawało mi się, że złoty zestaw
to poranek z kawą i skrętem, a dziś coraz częściej zamiast kawy
wybieram yerbę (do której wróciłem po latach), herbatę lub inne
zioła. Choć dalej najczęściej zaczynam dzień od kawy. Czasami
czuję na ulicy zapach, lub smród (w zależności od okoliczności)
palonego tytoniu i zastanawiam się, jak mogłem się tym przez tyle
lat narkotyzować, niszcząc swój mózg i ciało.
Na szczęście to
rozstanie jest definitywne, bo nie ma tam już nic seksi (dla mnie).
Nie łykam już tych złudzeń serwowanych za chmurą dymu. Zacząłem
sobie jednak pozwalać na małą przerwę na fajkę, tą chwilę dla
siebie – czy to w pracy czy czasami w domu na balkonie przy jakimś
naparze. Przez lata sobie tego odmawiałem czując, że czegoś mi
brakuje (teraz to jedyne czego mi brakuje to gór i młodości).
Przez
lata żyłem też seksem – różne ciała, różne relacje. To też
się we mnie wypaliło. Po pierwsze biologicznie nie mam już takiego
parcia, a żyjąc z jedną kobietą przez wiele lat ten pociąg też
słabnie. Owszem można szukać nowych podniet dla seksualności, ale
nie chcę już dalej iść w te tematy, bo z czasem człowiek szuka
coraz większych perwersji, a nie chcę iść w tą stronę.
Czasem
pojawia się też motyw pornografii i masturbacji, ale to też jałowy
i wyniszczający temat zastępczy. Coraz bardziej kręci mnie nie to
czego chciałbym w seksie doświadczać, więc będę z tego po
prostu rezygnował, zamiast nakręcać się ciągle do szukania i
zaspokajania nowych podniet. Na szczęście wiek sprawia, że nie
jestem już za bardzo atrakcyjny dla młodych kobiet. Do tego nie mam
statusu, nie jestem sławny nie pokazuję ubiorem i stylem życia
przepychu i bogactwa. Nie jestem po prostu szczeblem do wejścia
wyżej w drabinie społecznej i cieszy mnie to. Nie kręci mnie
władza i poczucie bezkarności, które można kupić za wpływy i
pieniądze. Drugim Epsteinem nie zostanę. Choć jego przykład
pokazuje jak odpowiednie czynniki mogą deprawować. Taki współczesny
markiz de Sade, choć przypuszczam że w świecie grubych ryb on jest
jedynie płotką.
Większe podniety mam ostatnimi laty przy
spekulacji, lub zarabianiu pieniędzy przez inwestowanie (choć
najczęściej wybieram ostatnio nudną, ale bezpieczną formę
długoterminową). Jest w tym pewnego rodzaju napięcie, które jest
bardzo podobne i działa na te same receptory co seksualność. Wiem
jednak że spekulacja to nie moja bajka – czasem coś na tym
zarabiałem i nawet byłem w tym na plusie, a czasem traciłem.
Największą frajdę sprawiała mi gra przeciwko trendowi, ale tu
najczęściej bywał kubeł zimnej wody. Może i mógłbym to jakoś
bardziej kontrolować, ale ilość czasu i napięcia które to we
mnie powodowało jest niewspółmierne do efektu, który z tym się
wiązał, tym bardziej że nie mam przewag nad innymi w postaci
kapitału czy informacji. W moim przypadku był to pewnego rodzaju
hazard. Fakt robiłem to coraz mądrzej, zabezpieczałem kapitał
przed nadmierną stratą, ale albo myliłem kierunek trendu, albo za
małym kapitałem grałem żeby zabezpieczać zyski, albo za niskie
Stop Lossy mi wycinały pozycje, albo swap mi zżerał zyski itd. Był
to dla mnie pewnego rodzaju hazard, który nie jest moją bajką
(albo właśnie jest, bo kręcą mnie emocjonujące zabawy) bo
poleciałbym w tym ogromnie, bo mam słabość do nałogów, ale jest
to równanie o sumie ujemnej (jak życie) – zawsze będę stroną,
która na tym ostatecznie straci. Trzymam się więc tego co nudne,
czyli inwestowania długoterminowego i choć nie ma w tym nic seksi
(albo mało), to mam spokojną głowę i nie muszę tego co
10min.sprawdzać, patrzeć jaki jest trend i wyznaczać granic
ryzyka. Powoli i systematycznie powiększam ten bufor możliwości i
niezależności – szkoda że nie rozumiałem tego będąc w Anglii
(i nie miałem takich technologii w telefonie), bo kapitał zarobiony
tam rozrósłby się dość szybko i mocno. Możliwe że dziś byłbym
już na emeryturze, bo kryzys w 2008 roku dał ogromne możliwości
inwestycyjne. Wtedy żyłem jednak innymi sprawami i może gdyby nie
tamten okres nie byłbym w tym miejscu co dzisiaj. Zawsze nasz wybór
jest też brakiem i wyboru czegoś innego…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz