Translate

piątek, 23 sierpnia 2013

Piesza wędrówka po Polsce 2013 r. część 2. Etap Pasierby - Łódź

Pasierby 23.07-31.07. 2013r.









Cudowny czas – odpoczynku, relaksu, jeżdżenia na rowerze, pływania w stawie, rozmów, imprez w barze, poznawania ciekawych osób itd. Ciężko to opisać, nakreślić, odtworzyć z pamięci wszystkie szczegóły. Zostawię to dla siebie jako miłe wspomnienie.











Jestem Wam bardzo wdzięczny, za wszystko co mnie spotkało w Pasierbach. Każda chwila zostanie ze mną na zawsze i mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda mi się wrócić, w te strony i odwdzięczyć się za gościnność z jaką się spotkałem. Mam wobec Was ogromny dług. Dziękuję za wszystko. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się odwdzięczyć za te wszystkie cudowne chwile.


Czwartek 1.08.2013 r.


Wyruszyłem dziś z Pasierb. Było to bardzo trudne dla mnie i czułem się wewnętrznie rozdarty. Z jednej strony żyło mi się przez ten tydzień cudownie w tym miejscu, a z drugiej pojawił się we mnie wewnętrzny zew i potrzeba po raz kolejny rzucenia się na głęboką wodę i zmierzenia się z życiem.



Wyruszyłem późno – spałem do 12.prawie, choć przebudziłem się dużo wcześniej. Czułem w ciele potrzebę wypoczynku i osłabienie. W nocy oskrzela mi mocno świszczały i miałem zapchane zatoki. Stwierdziłem że pójdę w trasę, jak Kuba będzie szedł do pracy, czyli o 14. Wyszliśmy więc razem, na chwilę wstąpiłem do środka, po czym ruszyłem drogą do Smolic przez Raszewy. Na skrzyżowaniu z główną drogą odpocząłem na ławce na skwerku, a potem przeszedłem koło pięknego kościoła i dworku











Skręciłem w drogę prowadzącą do Długołęki i odpocząłem w tej miejscowości przy stawie rybnym należącym do PZW. Odchodząc z tego miejsca poznałem mężczyznę na rowerze, który zaoferował , że zaprowadzi mnie przez lasy na główną drogę do Baszkowa.



Szło mi się opornie, a do tego komary i muchy końskie nie dawały żyć. W lasach przed Baszkowem nasz drogi się rozdzieliły. Szło się coraz gorzej, a temperatura ciągle się podnosiła. W Baszkowie zrobiłem postój koło kościoła pod sklepem ( kocham te wioskowe sklepy z ławeczkami w cieniu gdzie można się napić w spokoju piwa)


Zaczęło się powoli ściemniać, a mnie czekały do przejścia rezerwaty przyrody na drodze w kierunku Zdun. Szedłem z czołówką na głowie, bo w lesie było prawie całkiem ciemno, ciekawych osłoniętych polanek jak na lekarstwo. Dopiero przed samymi Zdunami, znalazłem wiatę przystankową (o ile tak można nazwać taką betonową konstrukcję, obskurną i zaśmieconą). Stwierdziłem że jestem na tyle zmęczony, do tego nie chce mi się przechodzić jeszcze nocą przez miasto, że zostaję w tym miejscu na noc. Zaparzyłem herbatę ( bez spirytu tym razem), zabarykadowałem się i poszedłem spać.


W nocy budziły mnie albo samochody, albo zwierzęta „baraszkujące” w okolicy (głównie dziki zażerające coś). Miałem okresy głębokiego snu, choć w nocy budziłem się kilkanaście razy. Rano obudził mnie fakt że spadłem z ławki

Nie ma co jednak – jest progres jeśli chodzi o spanie w takich warunkach, bo rok temu nie spałbym prawdopodobnie całą noc w takich warunkach


Piątek 2.08.2013r


Wstałem wcześnie, bo o 5 ( jak do tej pory szybciej jeszcze się nie udało ), wypiłem kawę i ruszyłem przez Zduny ( bardzo miłe miasteczko), potem Chachalna i lasami aż do Chwaliszewa. Robiłem po drodze dużo przerw – znów zaczęły się upały, mało spałem w nocy w tym dwie dłuższe na drzemki.







Z Chwaliszewa szedłem do Chruszczyny, a dalej do 36tki w miejscowości Daniszyn

Dziś śpiąc w lasach przestraszyłem trochę zwierząt – najpierw zająca, który przeze mnie ryzykował przebieganie drogi, potem wiewiórkę, która biegała w mojej okolicy jak spałem i zobaczywszy mnie i obudziwszy mnie ( pięknie szeleszczący ten język polski ) uciekła na drzewo i przemieszczała się już tylko po gałęziach. Na koniec z zarośli wyłoniła się sarna i równie szybko jak się pojawiła , tak szybko uciekła. Szkoda bo przydałby mi się tragarz – plecy mocno odczuwają 30 kilka kg na plecach - dobrze że przez przypadek zostawiłem trochę ciuchów w Pasierbach


Wracając do trasy… gdy wszedłem na główną szło się początkowo dobrze, choć pobocza niestety nie było, choć zawsze lepsze to niż kompletny brak widoczności i gałęzie drzew wchodzące na połowę pasa ruchu.


Wczoraj zauważyłem że czołówka trochę dekoncentrowała kierowców ( szedłem lewą stroną drogi, bo z tyłu nie miałem oświetlenia), więc tym razem skierowałem snop światła na siebie i tak się przemieszczałem. Efekt był w miarę dobry, bo nie oślepiali mnie co chwila długimi światłami, żeby zobaczyć co to świeci.


Za Łąkocinami skręciłem po zmroku w las i na parkingu leśnym napiłem się herbaty. Byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się ani iść dalej, ani rozbijać namiotu. Wiata była z dachem, choć blisko głównej drogi i dość mocno odsłonięta. Miałem już to „głęboko w dupie” i stwierdziłem że położę się na stole ( szerszy był niż ławka i wyżej od ziemi) Tym razem bardziej uważałem żeby nie spaść, bo upadek ze stołu mógł być bardziej dotkliwy.



Sobota 3.08.2013 r.




W nocy obudził mnie samochód, który wjechał na parking. Nawrócił i oświetlił mnie światłem. Okazało się że to policja. Spytali się mnie co ja tutaj robię. Wyjaśniłem na spokojnie sytuację, to że czekam do świtu i próbuję się chwilę zdrzemnąć. Zapytali się czy nie boję się zwierząt, życzyli dobrej nocy i pojechali sobie. Poza tym spało mi się całkiem dobrze – jeszcze kilka razy obudziły mnie przebiegające zwierzęta, oraz żołędzie spadające z dębów i odbijające się od dachu wiaty


Wstałem o 7, ugotowałem kawę i uświadomiłem sobie jak będzie gorąco. Droga prowadziła mnie przez Lamki, Zacharzew do Ostrowa Wielkopolskiego. Dłużyła się cholernie, a robiło się coraz cieplej.




Ostrów Wlkp. – piękne miasto, którego nie znałem, choć przejeżdżałem przez nie tyle razy pociągiem, ale nigdy w nim tak naprawdę nie byłem. W rynku ustawiono fontannę, która zraszała głównie dzieci w upał. Skorzystałem z tego źródła wody i w końcu się umyłem. Cudowne uczucie nie lepić się i nie śmierdzieć.

W rynku napiłem się kawy, a po jej wypiciu przestawiłem się na piwo. Siedziałem w restauracji „21”, gdzie przyciągnęła mnie najbardziej potrzeba toalety, bo co by nie mówić, ale napiszę to bez ogródek – sranie w lasach należy do najgorszych elementów podróży, a szczególnie zmasowane ataki komarów. Nie będę wchodził w szczegóły, ale nie ma to formy relaksu jak w warunkach miejskich, a po jest jedynie ulga że ma się to już za sobą i nie chce się tego jak najdłużej się da powtarzać













Dużo pięknych kobiet jest w Ostrowie ( a w szczególności MILFów ), szczególnie dla tak „wygłodniałego” człowieka jak ja. Coś za coś – albo kobiety, albo spełnianie swoich życiowych misji


Siedzę sobie pod parasolem w Ostrowskim rynku. Gorąco jak cholera, piwo się skończyło, a więcej raczej nie będę zamawiał, bo ceny są prawie jak we Wrocławiu w rynku. Zakumplowałem się z barmanem i wyjaśnił mi dalszą drogę przez Ostrów. Staram się przeczekać upał. Delektuję się kobietami, bo wiem że będę w drodze odczuwał ich brak. W żołądku czuję głód i pewnie niebawem trzeba będzie ruszyć i ugotować sobie jakiś obiad. Ciężko się jednak zebrać, bo temperatura odbiera siły.




Droga przez Ostrów dłużyła się, a na granicy miasta skończyły się drzewa przy drodze, a na dodatek złapałem pierwszego w tej podróży kleszcza. Droga wiodła przez Wtórek ( gdzie zrobiłem sobie przerwę na piwo – będzie mi tego brakowało jak skończą mi się niebawem pieniądze ), potem Parczew – coraz lepszy stan wewnętrzny zacząłem łapać, i zatrzymałem się na chwilę chcąc wyciągnąć z plecaka dyktafon i nagrać kilka myśli. W tym momencie dostrzegł mnie z podwórka pewien mężczyzna i zaprosił mnie na kiełbaski i piwo. 

 

Przegadaliśmy z godzinę, po czym poszedłem dalej. Zaczęło się już robić ciemniej, ale szło się coraz lepiej, bo w końcu temperatura powietrza zaczęła spadać, a do tego nieprzerwanie od
Ostrowa szedłem chodnikiem, bo było miłym ułatwieniem. Dalej Sieroszewice, gdzie zrobiłem kilka przystanków, w tym jeden dłuższy pod cmentarzem – siedziałem przy murze patrząc się na gwiazdy i delektując się tym jak przyjemnie się zrobiło. 


 

Kolejną miejscowością była Rososzyca, gdzie trafiłem na wesele i trochę porozmawiałem z weselnikami, oraz z księdzem, który wybiera się w przyszłym roku drogą „Jakubową” do Hiszpanii.

Za Rososzycą rozbiłem namiot ( pierwszy raz od wyruszenia z Pasierb) i uświadomiłem sobie dlaczego zazwyczaj wolę znaleźć jakąś wiatę- komary pogryzły mnie okropnie, rano nie dało się wytrzymać w namiocie z gorąca, a do tego jak na złość na zewnątrz padał deszcz ( w nocy za to była burza )


Niedziela 4.08.2013 r.




Przeczekałem prawie do 12 zanim wszystko wyschło, oprócz ciuchów, które miały się w nocy wietrzyć a zmokły. Trzeba było zrobić z nich „ozdoby” na plecaku.





Gdy już wyruszyłem, to szło się dobrze, choć w miarę czasu robiło się coraz bardziej bezchmurnie i


ciepło. Droga wiodła przez Ołobok (nazwa kojarzy mi się z pewnym cudownie spędzonym czasem, wśród pięknych kobiet, w miejscowości o tej samej nazwie, choć w innym województwie). Na dziś postanowiłem dotrzeć do Iwanowic, gdzie mieszka Kuby rodzina i zgodzili się mnie przenocować. Zebrałem się w sobie i kawałek po kawałku pokonywałem dystans, choć energii w ciele czułem mało.







Trasa wiodła przez Wolę Droszewską, Kąpie, Krzemionkę do Godzieszy. Tu miałem mały problem, bo oznakowania dróg zostawiały wiele do życzenia, ale na szczęście ludzie udzielili mi niezbędnych informacji.

Miałem też bliskie spotkanie z labradorem, który wybiegł z posesji i warcząc zaczął się do mnie zbliżać. Zacząłem się cofać przodem do niego obserwując jego ruchy, ale na szczęście po jakimś czasie się wycofał i do konfrontacji nie doszło.



Dalej droga wiodła przez Skrzatki, Zajączki Bankowe, a potem już szutrowa droga do Iwanowic. Z początku szło mi się świetnie tą drogą, ale z czasem ataki komarów i much, oraz narastające zmęczeni dawały mi w kość. Narzuciłem sobie dość duże tempo marszu, bo chciałem przed zmrokiem dotrzeć na miejsce, więc energia zaczęła szybciej ze mnie uchodzić.

Około 21 dotarłem na miejsce – park w centrum Iwanowic, gdzie gospodarze po mnie przyjechali i zawieźli do domu – jakieś 500m. Zaniosłem rzeczy do pokoju, w którym miałem spać i padłem na podłogę prawie zasypiając. Po jakiejś chwili zebrałem się w sobie i poszedłem się „wypryszniczyć”, bo śmierdziałem już niemiłosiernie. „Orgazmiczne” uczucie lejącej się wody pochłonęło mnie na 10 min.

Przebrałem się w odświętne ciuchy, zjedliśmy razem kolację i napiłem się herbaty, a potem piwa i opowiedziałem swoją podróż w skrócie, oraz odpowiadałem na wszystkie pytania, które się pojawiały. Posiedzieliśmy tak do 23. W tym czasie rzeczy się wyprały, nacieszyłem się widokiem pięknych córek gospodarzy i poszedłem spać.


Poniedziałek 5.08.2013 r

Budziłem się kilkanaście razy od godziny 5. Stwierdziłem jednak, że jeśli mnie nikt nie budzi, to śpię do oporu, bo szybko pewnie takiej możliwości nie będę miał. Od rana świszczało mi w oskrzelach, ale mam nadzieję, że w końcu to przejdzie.

Wstałem dopiero po 9, przywitałem się z domownikami, zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę/herbatę, spakowałem się i po 11 ruszyłem w dalszą drogę przez Główczyn i Kamienną do głównej drogi nr. 12 na Błaszki.

Wszedłem w województwo łódzkie

Leżę sobie na płytach chodnikowych pod wiatą przystankową. Gorąco jak cholera, senność mnie łapie, a kawa nie chce pobudzać. Gotuję obiad – kuskus + przyprawy + mięso, które dostałem na drogę, a muszę dziś zjeść, bo może nie dotrwać do jutrwa, a szkoda by było zwierzaczków

W Błaszkach zrobiłem sobie dłuższy postój w parku, napiłem się kawy i porozmawiałem z miejscowymi. Potem Smaszków, gdzie zaproszono mnie na kolację i dostałem drożdżówki na drogę. Zaczął się robić wieczór i temperatura w końcu zaczęła się robić znośna.







Przeszedłem jeszcze kawałek i w Kwaskowie stwierdziłem, że mam totalnie dość. Czułem się wyczerpany. Siadłem pod wiatą przystankową i stwierdziłem że zostaję tutaj na noc – jak na razie najgorsze ze wszystkich miejsc – w centrum wioski, rzucające się w oczy, a do tego mimo wieczora spory ruch samochodowo-ciągnikowy ( żniwa w pełni). Po zmroku rozłożyłem karimatę i śpiwór na ziemi, wziąłem polopirynę i poszedłem spać. W nocy zgrzałem się okropnie przez upał i lek, było niewygodnie, często budziło mnie ujadanie psów. Jakoś minęła ta noc



Wtorek 6.08.2013 r.

Wstałem o 4.30, zjadłem drożdżówkę i ruszyłem w drogę. Kawy nie piłem, bo miałem za mało wody. Przywitałem wschód słońca, po drodze dostałem wodę od pewnej staruszki i powoli i mozolnie szedłem w stronę Warty.










O 8 wiedziałem, że będzie potworny upał. Do Warty dotarłem około godziny 10, spotkałem autostopowiczów ( 1 facet i 3 dziewczyny), którzy podróżują po Polsce. Dali mi jabłko i cukierka z witaminą C. Po dłuższej chwili dotarłem do rynku, przez który przebiega krajowa droga i niszczy to mocno klimat tego miejsca.






Dosiadł się do mnie mężczyzna i pogadaliśmy trochę. Dał mi do zapalenia specyfik, który nie wiem czym był, ale podobny do marychy(do tej pory nie doszedłem do tego ). Uderzył mnie mocno swoją mocą. Nie byłem w stanie rozmawiać i z ledwością udało mi się napić wody z butelki.

Ostrzegano mnie przed Wartą i „substancja” wywołała we mnie stany lękowe. Powiedział mi, że to jedna z lepszych rzeczy jakie próbował. W głowie umysł podsunął mi myśli typu: „crack”, „heroina”. Powiedział: „godzinę będziesz miał ostrą fazę – delektuj się tym”. Po czym poszedł.


Zostałem sam, nie mogąc sobie poradzić z sytuacją, ani nic zrobić. Z jednej strony to mnie uspokoiło, a z drugiej uświadomiłem sobie, że jestem tu obcym i zwracam na siebie uwagę, do tego czując się jakbym miał dostać zapaści – zmysły ostro przeciążone informacjami, które dostają, umysł wariujący od niecodziennej sytuacji. Bałem się...


Po jakimś czasie zebrałem się w sobie, zarzuciłem na siebie plecak i ruszyłem przed siebie, stwierdziwszy, że ruch i wysiłek fizyczny rozrusza i ciało i umysł. Nie wiedziałem gdzie jestem, ani gdzie idę. Zobaczyłem pieszy szlak, który kojarzyłem wcześniej i miałem wrażenie że jeśli będę się nim kierował to pójdę w dobrym kierunku.


Jak to ze szlakami w Polsce bywa ( poza terenami mocno uczęszczanymi turystycznie jak np. Karkonosze ), szybko go zgubiłem, bo oznaczenia pozostawiają wiele do życzenia. Znalazłem jednak skwerek z drzewami a wokół łąki. Zrobiło się potwornie gorąco. Położyłem się pod drzewami w cieniu i patrzyłem na migotające na wietrze liście ( wiatr gorący i suchy nie dający wytchnienia ).Panika ustąpiła i była już tylko jedność z otaczającą mnie przyrodą. Poczułem się oczyszczony i to co leżało w podświadomości wyszło ze mnie. Poczułem że to czego doświadczyłem jest takie dziwnie namacalne.


Pojawiła się myśl, która przeszyła mnie mocno: „kim jesteś nabrało milionów pojęć” - podzieliłem się tym z kilkoma osobami w formie sms-a. Popatrzyłem na zegarek w telefonie – 12. Po kilku minutach wrócił normalny stan świadomości, wzbogacony o to czego doświadczyłem ( wielu rzeczy nie jestem w stanie już odtworzyć – zostały jednak w pamięci nieświadomej ).


Przeleżałem w cieniu ( albo raczej w cieniach, bo słońce wciąż się przemieszczało po niebie ) do 16 tocząc nierówną walkę z muchami – nie wiem jak się nazywają ale wyglądają jak F- 117, mają zielone oczy, dziwne wzory na skrzydłach, są cholernie upierdliwe, a ukąszenie boli i piecze dość długo. Znów idea niezabijania istot poszła do lamusa – nie byłem w stanie inaczej.






Ruszyłem drogą przez Włyń, Dzierżązną – gdzie zrobiłem postój na kawę z „duchem”. Poczęstowałem nią też mężczyznę, który przejeżdżał na rowerze lekko zawiany, a on z kolei powiedział, że jak będę przechodził koło jego chaty, to żebym się zatrzymał to da mi wiejskie jajka. Tak zrobiłem...


Potem Glinno Kolonia i Glinno, gdzie po rozmowie z dwójką mężczyzn o podróży dostałem od nich piwo i sok na drogę. Finalnie doszedłem do Brzegu nad zalewem Jeziorsko i przy Brzegu nad brzegiem rozbiłem namiot ;) Siedziałem jeszcze trochę obserwując fale i pijąc piwo. Nad ranem trochę padało


Środa 7.08.2013 r.


Obudziłem się późno, bo około godziny 9. Umyłem się w zalewie, ugotowałem dwa ostatnie jajka ( pozostałe zużyłem dzień wcześniej wbijając do obiadu) i stwierdziłem że zostaję w tym miejscu do popołudnia, bo nie chce mi się przemęczać.


Przez chwilę myślałem że będę miał psa, bo przyszedł do mnie jakiś wielkości owczarka niemieckiego,z wyglądu czarny jakby podhalański skrzyżowany z bernardynem. Młody i ochoczy do zabawy. Czasami chwytał mnie lekko zębami, lub próbował na mnie skoczyć ( co próbowałem mu bezskutecznie wyperswadować, bo był mokry i w piasku).


Wyciągałem go do wody, by nie robił mi spustoszenia w rzeczach, to albo próbował łowić ryby, albo owady pływające po powierzchni z takim samym skutkiem czyli zerowym. Po jakimś czasie poznałem jego właściciela i okazało się że psiak ma 7 m-cy. Dowiedziałem się trochę o historii zalewu, o tym jak kiedyś były tu łąki nad Wartą i ludzie wypasali krowy, lub łowili ryby ( lub udawali że to robią i pili pod pretekstem łowienia ;) ).


Podobno krajobraz we wrześniu przypomina księżycowy, bo systematycznie spuszczają wodę z zalewu na jesień, a dno jest popękane ( nie będę tego jednak sprawdzać ). Już teraz podobno linia brzegowa cofnęła się o metr – dwa. Fakt faktem jest bardzo płytko i 20m od brzegu woda jest cały czas do pasa.




Dzień spędziłem na pisaniu, słuchaniu Advahuty Gity w moim pijackim nagraniu na dyktafonie, bo chciałem zabrać ten tekst ze sobą w podróż, a lubiłem w tym stanie nagrywać – jakoś pijacki bełkot był tak abstrakcyjny do tego tekstu. Kilka godzin pospałem, zrobiłem sobie też kuskus z sezamem i orzechami arachidowymi.


Zostaję tutaj na noc, chyba że pojawią się jakieś nadzwyczajne okoliczności, poza psem, który już kilka razy się do mnie wyrywał i raz mnie przestraszył, bo podszedł cicho i zaczął mnie lizać po uchu. Problemem jest to, że nie mam wody, ale stwierdziłem że zrobię użytek z tabletki do uzdatniania wody i naczerpnę wody z jeziora.


Jutro ruszam na Łódź, bo w sobotę chcę się spotkać z Festem. Jeśli będzie taka pogoda, jak przez ostatnie dwa dni, to znów będę musiał wędrować jedynie rano, wieczorem i nocą. Problemem jest to że nie da się na dłuższą metę i nocami i od świtu wędrować, bo organizm przy takim długotrwałym wysiłku potrzebuje dużo snu i wypoczynku i naciągając to i tak trzeba później się zregenerować, albo odchorować.


Zachodzi powoli słońce. Za mną słychać świerszcze, szczekanie psów, oraz ciągnik kostkujący słomę. Zaczynają się naloty komarzyc i pewnie znów nie będę mógł się powstrzymać przed zabijaniem, bo płyny przeciwkomarowe niestety są średnioskuteczne.


Cudownie było dziś odpoczywać w cieniu – wiał wiatr więc i komary nie nękały za mocno. Jutro już się kieruję na Łódź, a zostało mi z tego co ludzie mówią od 60-80km. Niestety na mapach, które mam nie ma zaznaczonych odległości, więc nie bardzo wiem jaki dystans przeszedłem i jaki mam do przejścia.


Wrócę do cywilizacji to wujek Google odpowie mi na to pytanie ;)


Słońce już zaszło. Jeszcze herbatka z duchem i kładę się spać. Jak do tej pory miałem tylko jeden dzień całkowicie bezalkoholowy – trza się wziąć za siebie ;)





Czwartek 8.08.2013 r.





Wstałem po 8 i ruszyłem w drogę. Trochę na około bo przez Zagórki, Lubolę i Ferdynandów, a z drugiej strony innej drogi za bardzo nie było chyba że przez pola. Od Ferdynandowa drogą szutrową do miejscowości, której nie mam na mapie o nazwie Józefki. Później lasem i znalazłem czerwony szlak rowerowy, którym dotarłem do Roździałów (Roździały ), gdzie spotkałem pieszą pielgrzymkę z okolic Torunia. Pogadałem trochę z ludźmi, od księdza dostałem błogosławieństwo i ruszyłem dalej. Robił się powoli zmrok i powoli szukałem miejsca na nocleg – myślałem o tym żeby się zdrzemnąć pod mostem, ale nie było za bardzo ciekawego miejsca choć rzeczki były piękne. Finalnie przenocowałem w miejscowości Ralewice.


Piątek 9.08.2013 r.



Wstałem przed świtem, zrobiłem sobie kawę i ruszyłem przez Rzeczycę, Borki Prusinowskie, Prusinowice, Grzybów do Szadka. Po drodze znalazłem ogromną hodowlę gęsi – nigdy nie widziałem takiej ilości ptaków w jednym miejscu. Pełno pierza wokół.




Z Szadka zszedłem na Piaski, gdzie zrobiłem sobie obiad, a potem do Wilamowa, gdzie zgubiłem drogę. Siadłem na rozdrożu wiejskich, szutrowych dróg, nie wiedząc gdzie jestem i poczułem się cudownie. Nadchodziła powoli burza i powietrze zrobiło się przyjemniejsze.


Spotkałem rolnika, którego zagadałem o to czy mógłby mi sprzedać papierosa. Powiedział że nie pali, a zepsuł mu się ciągnik na polu i idzie do wioski po pomoc. Tak też dowiedziałem się gdzie jestem. Wspomógł mnie sam z siebie finansowo dając mi 12,50 na fajki, twierdząc że on i tak by to przepił ;)


Finalnie dotarłem do Dobruchowa. Burza zbliżała się coraz mocniej. Siadłem pod sklepem, który niestety okazał się nieczynny, a chciałem kupić tytoń. Chwilę później poznałem mężczyznę, który spytał się czy nie chciałbym przenocować pod dachem. Oczywiście zgodziłem się


Poznałem jego żonę i syna. Zjadłem naleśniki, napiłem się herbaty i piwa, a finalnie wyszło tak, że rozrobiliśmy 0,4 l spirytusu, który mi jeszcze został z wodą truskawkową w proporcji 1:1 ( gdy jego żona poszła na nockę do pracy ). Finał był taki że rzygałem po tym jak kot około 1 w nocy...


Sobota 10.08.2013 r.



Od rana miałem ciężkiego kaca. Syn gospodarza powiedział, że będzie jechał do Konstancina Łódzkiego po kwiaty na pogrzeb. Tym razem głównie ze względu na samopoczucie i dlatego że chciałem być w miarę wcześnie u Festa zgodziłem się na taką podwózkę i podjechałem 10km samochodem, potem na piechotę do Łodzi – jakieś 15km robiąc częste przystanki. Szło mi się bardzo źle, ciągle deszcz padał – co z jednej strony było miłą odmianą, a z drugiej na tyle mocno, że musiałem być w ciuchach przeciwdeszczowych i się przegrzewałem, bo było jednak dość ciepło.





O godzinie 15 dotarłem na Piotrkowską pod wskazany przez Festa adres, ale nie mogłem się do niego dodzwonić. Oddzwonił po jakimś kwadransie i telefonicznie wyjaśnił mi jak dostać się do mieszkania, które wynajmuje.


Tam wziąłem kąpiel, która była cudownym doznaniem i poszedłem spać. Fest przyjechał około 18. Poznałem współlokatorów, wieczorem napiliśmy się wódki żołądkowej miętowej i zjadłem coś. Chłopaki poszli na imprezę, a ja z braku energii poszedłem spać ;)


Niedziela11.08.2013 – Poniedziałek 12.08.2013 r.


Czas odpoczynku,relaksu, poznawania ludzi i Łodzi. Wieczorem „pifko” pod Gosiipem. W poniedziałek przyjechał Jarek, który dołączył do mnie w podróży. Wieczorem poszliśmy na „off”, gdzie delektowałem się pięknymi kobietami i i piwkiem w pubie „Spaleni Słońcem”



C.D.N ;)

wtorek, 30 lipca 2013

Piesza wędrówka po Polsce 2013 r. część 1. Etap Wrocław - Pasierby

Wyruszam znów w podróż po Polsce na piechotę, z małym zasobem pieniężnym, który szybko się skończy. Podróż jest z jednej strony odkrywaniem na nowo Polski podróżując w najstarszy sposób znany ludzkości czyli na piechotę i ma wymiar horyzontalny; z drugiej strony ta podróż jest podróżą w głąb siebie, odkrywaniem swojego wnętrza, jest poszukiwaniem swojej drogi życiowej po odrzuceniu uwarunkowań społecznych i środowisk w których się wychowywałem i ma też wymiar wertykalny.

                Nie mam pojęcia co znajdę po drodze, jakich ludzi poznam, co się we mnie pojawi, ani nawet nie jestem w stanie przewidzieć trudności które mogą i będą się pojawiać. Nie chcę pisać jedynie „suchego” dziennika podróży ( choć czasami będzie to miało taki wymiar z braku sił lub będzie to związane ze zmęczeniem i wyczerpaniem organizmu) i będę starał się przemycać jak najwięcej przemyśleń, odczuć i emocji. Od czasu do czasu będę też umieszczał na blogu pliki dźwiękowe a jak i będzie na to czas i możliwości pliki wideo. Zacznijmy opowieść, która będzie powstawała na bieżąco…


Etap 1. Wrocław – Pasierby

Piątek 19. 07. 2013 r.
            W końcu udało mi się wyruszyć, a to też z wielkim trudem i dopiero po południu. Nastąpiło to po godzinie 14. Najpierw na „rondzie” spotkałem się z siostrą i wypiliśmy wspólnie piwo a ja oddałem jej ładowarkę do telefonu, a potem powoli i mozolnie szedłem na północ. Pierwszy przystanek (poza tym na rondzie) zrobiłem sobie pod Kalamburem, gdzie pożegnałem się z dziewczynami z baru i z Pawłem, wypiłem kawę na zimno i ruszyłem dalej na północ przez Dubois i Dworzec Nadodrze, gdzie zrobiłem sobie przerwę na skręta i telefon. Potem Trzebnicka. Skręciłem później w Kamieńskiego, gdzie wykonałem kolejny telefon tym razem do Gochy przechodząc koło jej domu. Niestety nie zastałem jej na miejscu, więc poszedłem dalej i zatrzymałem się na chwilę w parku na Kamieńskiego .

Miasto jest bardzo męczące do podróżowania na pieszo z ciężkim plecakiem. Najbardziej irytują człowieka światła, gdzie traci się dużo czasu na oczekiwanie na zielone światło. Normalnie nie przeszkadza to tak mocno, ale mając na plecach dużo obciążenie jest to męczące, tym bardziej że nie ma sensu ciągle go ściągać i zakładać, bo to też mocno męczy.

Szedłem dalej prosto i przeszedłem niedaleko działki Łukasza Paci. Wróciły wspomnienia z wczesnej młodości. Uświadomiłem sonie, jak wiele czasu minęło od momentu gdy byłem tam ostatni raz – chyba z 10 lub więcej, bo pamiętam że ostatnio byłem tam z Agnieszką. Na pewno ruch samochodowy wzrósł kilkunastokrotnie, a i obwodnicy w tamtych czasach też nie było. Ech sentymenty ;)

Później Polanowice, aż w końcu obwodnica autostrady i przekreślony, zielony znak z napisem „Wrocław”. Od razu poczułem się lepiej. Robiło się już późno więc ucieszyłem się z tej informacji, bo nie chciałem już nocować w mieście.

 Przeszedłem jeszcze przez Krzyżanowice i postanowiłem że przejdę jeszcze kawałek do pola golfowego „Toya”, bo po drugiej stronie drogi na mapie „zaznaczona” była wiata biwakowa.
Czy była to nie wiem, bo skutecznie odstraszyła mnie ilość zaparkowanych samochodów, bo kawałek dalej była stadnina konna. Cóż, trzeba było iść dalej, bo obecność ludzi nie jest najlepsza szczególnie gdy się robi coś nielegalnego jak spanie na dziko. Na noc zostałem  tuż przed miejscowością Cienin, gdzie za zielonym szlabanem znalazłem niezbyt urodzajne pole kukurydzy i kawałek w miarę prostej ziemi (dosłownie ) i tam się rozbiłem, a bardziej namiot który nie śmierdział tak jak się bałem że może, choć był lekko stęchły. Skrzywił mi się jednak fragment masztu, podczas ustawiania komory sypialnej. Ech a jednak wytrzymałość namiotów jest ograniczona. Co z tego że to dopiero jego drugi sezon, jak rozbijałem go już kilkadziesiąt razy. No nic trzeba będzie sobie jakoś z tym faktem radzić.


Sobota 20.07. 2013r

            Noc minęła w miarę spokojnie, oprócz szczekania psów, które w niedalekiej okolicy miały swoje terytoria i wyczuły moją obecność. Po jakimś czasie się uspokoiły i było spokojnie.
Spałem długo, bo chyba do 10tej. Obudziłem się w nienajlepszej formie. Trudno co zrobić – trzeba ruszać dalej. Spakowałem się , zaparzyłem kawy i ruszyłem w ten upalny dzień.



Trasa wiodła przez Pasikurowice, Siedlec, Skarszyn, .



 Robiłem dość częste postoje. Potem Głuchów Górny, gdzie napiłem się piwa i Raszów, aż finalnie dotarłem do Trzebnicy. Zagadałem do dwóch gości z pytaniem o pole namiotowe, bo mapa ogólna mi takie wskazywała, za to mapa Trzebnicy już nie.

Tak to poznałem Danka, który nie wskazał mi co prawda tego miejsca, ale zaproponował że u niego będę mógł wziąć prysznic, a namiot mogę rozbić na jego „Ranczu”, które okazało się małą polanką w lesie, gdzie robi ogniska.
Poszliśmy najpierw po piwo, bo chciałem się mu jakoś odwdzięczyć, a plecak zostawiłem u niego w garażu - miałem trochę obawy z tym związane, choć najbardziej niezbędne rzeczy miałem ze sobą.  Stwierdziłem więc że jak coś to będę mógł się szybciej przemieszczać, choć już bez kawki, herbatki i namiotu.
Siedliśmy w parku i tam poznałem „lokalsów” lub jak kto woli autochtonów. Wypiliśmy po dwa piwa, tytoniu mi zeszło z pół paczki, ale postanowiłem się tym nie przejmować. Potem powrót do jego domu z jego znajomym, prysznic, herbatka, a chłopaki kawę,  bo chcieli skombinować kasę i jechać na Breslau  do klubu „Cocomo” lub „PRL-u” – nie ma co zazdrościłem im mocno tej eskapady. Okazało się że plany im się pozmieniały ( z braku skombinowanej kasy ) i trafili jedynie na wesele. Po owej herbatce/ kawce trafiliśmy na „Ranczo” gdzie rozbiłem namiot i oddałem się w ramiona Morfeusza. Noc minęła spokojnie i choć namiot jest w jeszcze gorszym stanie (to co się wygięło – pękło ). W nocy miałem za to muzykę z okolicznej imprezy

Niedziela 21.07.2013 r.

            Wstałem o 8 lekko zziębnięty i z zapchanymi zatokami. Wyciągnąłem rzeczy z namiotu, po czym przyszedł Danek. Powiedział że zaprowadzi mnie skrótem przez Trzebnicę. Poczekaliśmy aż namiot obeschnie ( z rosy) i poprowadził mnie przez dawną cegielnie do Księgnic, a potem do Szczytkowic, gdzie miał do załatwienia sprawę (zlecenie dot. Dachu lub kominów), a przy okazji zobaczyć córkę gospodarza, której powaby bardzo go pociągają . i podobno coś między nimi może się „potencjalnie” wydarzyć. Nie zastał jej jednak.







Tam nasze drogi się rozstały, bo jego wzywali na piwo w Trzebnicy, a mnie dalsza droga. Ruszyłem więc sam przez Komorowo, Biedaszków Mały do Ujeźdźca Wielkiego, gdzie zatrzymałem się na jakiś czas i rozmawiałem z miejscowymi oglądającymi mecz piłki nożnej jakiś lokalnych drużyn.





Dalej po odpoczynku ruszyłem w trasę przez Ujeździec Mały. Urokliwa mała wioska. Niezwykła z tego powodu, że mają dość dużo krów pasących się w zagrodach na powietrzu. Co w tym niezwykłego? Częściej w wioskach można spotkać konie i bociany niż krowy. Bydło prawie zniknęło z krajobrazu polskich wsi, a jeszcze nie tak dawno temu były bardzo powszechnym elementem krajobrazu.

            Zaczęło się robić „wieczorowo” i słońce powoli chyliło się ku horyzontowi. Wszedłem w lasy przed Sułowem i od razu zostałem zaatakowany przez chmarę komarów. Pierwszy raz jak do tej pory byłem tak masowo „napastowany” przez te zwierzęta, do tego będąc w ruchu ( w bezruchu komary dość szybko uprzykrzają życie w lasach, ale jeszcze nie zdarzyło mi się do tej pory, abym był tak intensywnie atakowany przemieszczając się ).
Nie było wyjścia – ubrałem koszulę z długim rękawem i długie spodnie mimo utrzymującego się jeszcze upału. Po dłuższej chwili byłem wyczerpany.

Siadłem w lesie na przydrożnym parkingu, nastawiłem wodę na herbat ę i zadymiłem okolicę białą szałwią i nikotyną. Pomogło i udało mi się coś napisać, oraz napić się w spokoju herbaty. Zweryfikowałem plany i stwierdziłem, że dziś już nie wybieram się do Sułowa, a rozbiję namiot w niedalekiej okolicy, bo jest miła polanka oddalona jakieś 200m od miejsca gdzie siedzę. Herbata z „duchem” zadziałała rozluźniająco, choć mój żołądek nie najlepiej to zniósł i pozbył się finalnie tego płynu.

Noc była intensywna, choć szybko zasnąłem mimo „szczekania” saren i jakiegoś gryzonia żerującego koło namiotu, oraz harców jakiś dużych zwierząt – prawdopodobnie saren lub jeleni przebiegających w bliskiej okolicy.

            Maszt od namiotu całkiem pękł, ale nie przejmowałem się tym już – chciałem po prostu spać i miałem mocny sen. Rok temu pewnie nie zmrużyłbym oka, ale tym razem zmęczenie zrobiło swoje, a może po prostu uodparniam się na leśne hałasy.

Poniedziałek 22. O7. 2013 r.

            O 8ej upał wyciągnął mnie z namiotu. Spakowałem się szybko i wróciłem na leśny parking z wczorajszego wieczora. Odpaliłem palnik i ugotowałem kawę, do tego dwie małe czekoladki i ruszyłem do Sułowa. Tam napiłem się piwa bo upał dawał się we znaki i zjadłem pierogi ruskie. 



Posiedziałem godzinę i ruszyłem drogą na Sulmierz w kierunku Jutrosina. 

Przeszedłem przez Słączno, Dunkową, Piotrkosice robiąc częste postoje ze względu na upał. Szło się ciężko, a potem jedyny cień jaki mogłem znaleźć poza wioskami, gdzie jeszcze były drzewa to pola kukurydzy, bo na drogach zostały wycięte w pień.



W Poradowie porozmawiałem chwilę z sołtysem o życiu, wszechświecie i całej reszcie, a wychodząc zobaczyłem tablicę z informacją, że wkraczam w województwo wielkopolskie. Zadzwoniłem do Kuby „Gozdka” informując go, że wkraczam w jego strony i wieczorem powinienem dotrzeć na miejsce, choć wiedziałem że będzie raczej mocno po zmroku,

Następną miejscowością było Szkaradowo – duża wioska, która wbrew swej nazwie starała się jak najlepiej wyglądać. Niby kilka kilometrów, od granicy województwa, a ludzie już inaczej mówią, bardziej zaciągając i akcentując inaczej. Zjadłem pod sklepem lody i napiłem się pepsi. 

Odpocząłem chwilę od upału. Potem droga znów bez cienia, aż do Dubina. Piękna wioska z budynkami z murem pruskim, choć mocno już zaniedbana.





Tam mnie czekała niespodzianka, bo Kuba wyjechał po mnie samochodem z Karoliną. Ucieszyłem się bardzo, bo zmęczenie dawało mi się mocno we znaki, a zostało mi jeszcze z 20km do przejścia, z czego dużą część musiałbym przejść w nocy. 

Gdybym nie spotkał Kuby i Karoliny, to w cieniu zacząłbym robić obiad przed dalszym odcinkiem podróży. Tak się kończy pierwszy etap  pieszej wędrówki. Następny będzie wiódł z Pasierb do Łodzi. Wstępnie długość trasy wynosi 180km ale znając życie się wydłuży ;)

Do napisania wkrótce z województwa łódzkiego :)