Translate

niedziela, 6 października 2013

Piesza wędrówka po Polsce Etap 4 Warszawa - Bielany



Chciałbym przede wszystkim podziękować wszystkim osobom z którymi dane mi było spędzić tak cudowny czas w Warszawie. Te kilka dni zleciało mi tak szybko, a tam miło i cudownie. Pobyt w Warszawie był dla mnie cudownym odpoczynkiem. Spotkania z chłopakami z osiedla ( zwłaszcza z Karolem, z którym szybko złapaliśmy wspólny język i razem po „grzybobraniu” wybraliśmy się w podróż do wewnątrz i na zewnątrz). Nie będę po kolei rozpisywał wszystkiego co wydarzyło się w ciągu tego prawie tygodnia, bo chcę żeby było to „intymnym” doświadczeniem między mną i moimi przyjaciółmi i zostawię to w swoich wspomnieniach.

Dziękuję Bercikowi za to że udzielił mi tak bezwarunkowej gościny. Kocham Cię chłopie. Mam nadzieję że pióro sroki dotrwało do twojego powrotu i będzie Ci mnie jakoś przypominać. Dziękuję Magdzie za to, że tak nasycała mnie swoją cudowną, kobiecą energią. Jesteś cudowną kobietą. Kochajcie się nawzajem i wzrastajcie razem w wolności i radości. Niech Duch wam sprzyja i wiedzie Was w ciągle nowy wymiar waszego związku. Kocham Was i życzę wszystkiego czego wam potrzeba.

Dziękuję też Vincentowi, za gościnę i wspólne spędzanie czasu i podróże ( małe i duże :D ). Jesteś świetnym facetem i masz duży potencjał, który mam nadzieję będziesz cały czas rozwijał i obdarowywał ludzi swoją wiedzą.

Michałowi, który odbył ze mną swój pierwszy „lot” i spędził wiele czasu na rozmowach. Ufaj bardziej sercu, a ono Cię poprowadzi i otworzy na świat.

Dziękuję jeszcze raz Karolowi, z którym rozumiałem się jak z bratem. Jesteś świetnym gościem i mam nadzieję, że spotkasz niebawem kobietę swojego życia, która wypełni Cię miłością tak po brzegi, że będziesz musiał cały czas rozdawać to co się ulewa światu ;). Kocham Cię chłopie

Dziękuję też przyjaciołom, których znam od lat. Jankowi, Karolowi, Tomkowi, Kasi, Radkowi i wszystkim, których nie wymieniam z imienia, ale spotkaliśmy się w tym czasie w Warszawie – dobrze mi było z Wami.

Dziękuję wszystkim za wspaniały czas, za małe i duże doświadczenia ;)


Wtorek 27.08.2013 r.

Wyruszyłem dziś w dalszą drogę. Najpierw z Karolem napiliśmy się wspólnie kawy, potem spotkaliśmy się jeszcze pod jego domem jedząc śniadanie i paląc papierosy. Mam trochę wyrzuty sumienia że przeze mnie polubiłeś tytoń.

Oboje wyruszyliśmy w podróż – on do Portugalii, a ja przez Warszawę. Nadszedł czas. Ruszyłem przed siebie.



Droga prowadziła mnie przez Dolinę Służewiecką – musiałem zmierzyć się z przeszłością i wspomnieniami kobiety, którą kochałem ( i kocham, bo miłość nie ustaje ). Czułem w sobie smutek, bo wiedziałem dlaczego tu przyszedłem. Gdzieś podświadomie miałem cichą nadzieję, że ją spotkam i wybaczymy sobie nawzajem, choć wiedziałem że to raczej niemożliwe.


Posiedziałem trochę na ławce pod wiaduktem drogowym, którego jeszcze w tamtym czasie nie było, spaliłem kilka papierosów, wracając do starych emocji i wspomnień – to se ne vrati.


Dalej poszedłem wzdłuż rzeczki, aż do Wilanowa, a później drogą na Sadybę mijając po drodze siedzibę TVN-u (na szczęście nikt nie zwrócił na mnie większej uwagi i pewnie Jarek poniechał swoich planów, aby ich na mnie nasłać, aby mi zatruli dalszą podróż :D )

Zjadłem obiad w parku i ruszyłem na Siekierki robiąc kilka postoi po drodze. Po drodze spotkałem pewnego staruszka, z którym porozmawiałem trochę o życiu i podróżach delektując się wieczornym słońcem.


Na noc rozbiłem się nad samym brzegiem Wisły niedaleko mostu Siekierkowskiego. Poczekałem aż się zrobi ciemno i po 20 byłem już w śpiworze.



Środa 28.08.2013 r.


Wstałem dopiero po 8. Dłużej nie dało się już leżeć w nagrzanym namiocie.
Zaparzyłem yerby (choć nie do końca mi się to udało, bo skończyła mi się butla, a stwierdziłem że nowej na razie nie będę odpalał ) i zapaliłem papierosa ( w sumie to dwa ). Długo się zbierałem. Pierwotnie miałem zamiar iść wzdłuż Wisły, ale zamknięta przestrzeń „wodociągów” i brak możliwości przejścia zmieniły mi plany.


Wróciłem więc na most Siekierkowski i szedłem cały czas wzdłuż trasy. Kupiłem po drodze na bazarku dwie bułki słodkie, bletki i wodę – budżet zmniejszył się do 5zł.

Szedłem cały czas przy trasie, aż do odbicia na Ząbki i potem trasą 631 niedaleko od tego miejsca.


Zrobiłem sobie „biwak” między drogą a lasem na trawie. Zaparzyłem yerbę, zjadłem trochę migdałów i zapaliłem skręta z tytoniu z odzysku. Zacząłem zbierać puszki, a skłonił mnie do tego fakt, że w jednym miejscu znalazłem ich 15 na zachętę :)

Leżę sobie na trawię pijąc yerbę i czytając „Siedem duchowych praw superbohaterów” - całkiem ciekawie się czyta. Postanowiłem całkowicie przestać się śpieszyć i dostosować się do tego, czego chce mój organizm. Yerba jest świetną używką w podróżowaniu, bo daje dużo sił i pobudza, a co najważniejsze nie wypłukuje magnezu, a w dodatku ma go w sobie całkiem sporo. Czuję że będzie to długi i męczący etap podróży, a ciało jakoś nie bardzo chce znów wracać do trybu intensywnego chodzenia – będę musiał powoli się rozkręcać, bo kolano lekko szwankuje. Dziś leżąc nad Wisłą poczułem się prawie jak nad morzem – będzie to pewnie cudowne uczucie, gdy je zobaczę. Jeszcze kilka minut „relaksacji” i idę dalej w kierunku Ząbek i Marek. Jutro jeśli siły pozwolą powinienem dotrzeć nad Jezioro Zegrzyńskie.

Przeszedłem jeszcze może kilka kilometrów. Finalnie rozbiłem namiot w lesie na wzgórzu przy skarpie. Miałem jeszcze wieczorny telefon od p. Beaty Gozdek, bo ciekawa była co u mnie i niepokoiła się trochę jak sobie radzę. Doładowała mi też konto, co mnie zaskoczyło, ale nie chciała się do tego przyznać ;) Wieczorem jeszcze trochę słuchania Advahuty i zasnąłem jak kamień.


Czwartek 29.08.2013 r.


Wstałem późno, bo dopiero po 10. Wyruszyłem jednak około południa drogą na Marki. Trasa prowadziła prawie cały czas lasami i rezerwatami, w których schronienie znalazły dziewczyny oferujące siebie „wygłodzonym” podróżnym i z tego co widziałem po drodze miały niezłe branie.


Robiłem częste przerwy i raczej szło mi się źle. Gdy dotarłem do 8 postanowiłem znaleźć sklep i zjeść coś na śniadanie. Kupiłem bułkę słodką ( 2,20 mnie cholera kosztowała ) i poprosiłem ekspedientkę, o nalanie wody z kranu. Powiedziała że ma za nisko kran, ale dała mi 1,5 l wody ze sklepu ;)

To okazał się dopiero początek miłych niespodzianek – trochę później spotkałem kobietę sprzedającą grzyby, która nie miała zapalniczki, a ja niczego do palenia Wymieniliśmy się i dostałem od niej kilka skrętów własnej roboty na drogę, a ja zostawiłem jej zapalniczkę. Dała mi 3zł na drogę, abym kupił sobie zapalniczkę, i jeszcze nektarynkę.

Jakiś kilometr dalej był bar przydrożny. Zapytałem się o ognia, a finalnie wyszło tak, że zjadłem dwie porcje grochówy. Kupiłem za to piwo ( za 5zł a tyle jeszcze miałem )


Jakoś za Wólką Radzymińską, w lasach, gdy już powoli zacząłem rozglądać się za noclegiem zauważyłem stający przy drodze samochód (na poboczu ). Gdy przechodziłem obok zagadała do mnie kobieta siedząca w nim ( Kasia ). Była z małym dzieckiem. Zapytała się mnie czy idę od strony Warszawy, bo widziała mnie parę godzin wcześniej. Zaproponowała podwózkę.

Obiecałem sobie wcześniej, że gdy będzie chciała mnie podwieźć piękna kobieta to ulegnę – powiedziałem jej o tym i ruszyliśmy wspólnie do Wierzbicy, gdzie ku mojemu zaskoczeniu zamówiła dla mnie pizzę. Chciała mnie wysadzić na koniec w jakimś ciekawym miejscu i były ciekawe, ale nie pod kątem noclegu na dziko. Finalnie wróciła ze mną do Nieporętu. Miała śliczną córeczkę, a sama niesamowitą energię i bardzo mi się podobała. Miałem sporo fantazji w głowie co chciałbym z nią robić. Okazało się że ma męża, co ostudziło moje zapędy. Mówiła że niestety nie może mnie przenocować, bo mają za mało miejsca w domu ( ja też żałuję, bo działoby się ostro ;) )

Jestem jej bardzo wdzięczny za pomoc, choć pewnie o tej porze spałbym gdzieś spokojnie w namiocie (choć głodny i nienasycony jej kobiecością ;) ) na dziko. Finalnie wyszło tak, że tym autostopem nadrobiłem z 5km drogi i jestem w miejscu gdzie nie bardzo można rozbić jakiś namiot bo za dużo świateł i ludzi się jeszcze dużo kręci. Mam za to piękny widok na jezioro i gwiazdy. Wszędzie teren zabudowany.
Jeżeli pośpię, to chwilę na ławce. Na początku żałowałem, że nie wziąłem od niej kontaktu, choć z drugiej strony może i dobrze że tak się stało, bo znając życie i mnie to korciło by mnie, aby ingerować w jej życie. Pomodlę się za nią – tak będzie lepiej.

„Strzeż się ! Jeśli tylko dostrzeżesz własne odbicie, staniesz się idolem samego siebie !”

Rumi poeta suficki

Siedzę na ławce. Jest zimno i wilgotno. Światła wszędzie pełno – o rozbiciu namiotu mogę zapomnieć. Przede mną nad jeziorem widać „rogal” księżyca, za mną ujadają psy, a dziś o śnie raczej tylko będę mógł pomarzyć. Wypiłem 4 zalania yerby, czytam, palę, a do świtu jeszcze z 5 godzin. Zaraz zbiorę się poszukać jakiegoś spokojnego miejsca, choć o ławkę może być ciężko, a ziemia jest już zimna.

Tęsknię za łóżkiem, za prysznicem, za zapachem i ciepłem kobiety, za komfortem spania w 4 ścianach. Woda mi się kończy i będę musiał z rana kogoś o tą niezbędną rzecz zapytać. Nie narzekam jednak – nie o to chodzi. Jest jak jest i doceniam to. Będzie mi kiedyś brakowało tej chwili, nad spokojnym jeziorem w blasku gwiazd i świateł znad drugiego brzegu.

Piątek 30.08.2013 r.

Około 1 położyłem się pod drzewem nad jeziorem. Na początku długo wpatrywałem się w gwiazdy i w czerń jeziora, a potem przez kilka godzin nie mogłem usnąć. Bo ciągle ktoś się „kręcił” w okolicy przy barce z parasolami „Lecha”, która jest nieopodal.

Spałem z przerwami do 5.30. Rano przywitał mnie piękny wschód słońca, mgły nad jeziorem, oraz ptaki budzące się ze snu.


Położyłem się kawałek dalej tuż przy plaży, odpaliłem kuchenkę i poszedłem się umyć, bo zauważyłem że są prysznice. Zaczerpnąłem też z nich wodę do gotowania na herbatę ( tą resztkę która mi została przeznaczyłem na wodę podróżną ) i zjadłem ostatni kawałek pizzy, który mi został z wczoraj, który odgrzałem lekko na pokrywce garnka, w którym gotowałem wodę ( słabo się zagrzała, ale za to była choć trochę cieplejszym kawałkiem pizzy ).

Po śniadaniu zdrzemnąłem się jeszcze na godzinę, po czym znów się umyłem i przebrałem w kąpielówki, bo dzień zrobił się gorący. Zapowiada się całkiem ładny i ciepły piątek.


Leżę sobie teraz na plaży, słuchając plusku fal i delektując się smakiem yerby. Plaża jeszcze pusta – jeden grubawy mężczyzna przyszedł popływać i to wszyscy. Zrobię sobie dziś trochę odpoczynku nad wodą, tym bardziej, że jest taka piękna pogoda...

Na plażę właśnie przyszedł ratownik, czyli dochodzi 10, bo w regulaminie wyczytałem, że o tej godzinie zaczynają pracę. Na jeziorze pojawiły się pierwsze żagle, a o świcie widziałem pierwsze łodzie motorowe zastawiające sieci. Jest pięknie, a niebo bezchmurne. Brakuje tylko piwa, dziewczyn, tytoniu i zapałek ( tytoniu mam resztkę, a zapałka jedna się ostała, którą chcę przeznaczyć na odpalenie palnika, gdy będę gotował jakiś „łobiat”).

Pojawiły się za to ratowniczka i jeden MILF, ale raczej nie zapowiada się aby coś z tego wyszło ;) Na wodzie bardzo mizerna 1 ( w skali Beauforta ).

Z MILF-em to trochę przesadziłem – byłem zapytać się o ognia, bo widziałem że pali i okazało się, że kobieta jest zdrowo po 60. Trzeba będzie w końcu wziąć się za siebie i pójść do okulisty. Najważniejsze że miała ognia ;)


Wyruszyłem w dalszą drogę po godzinie 14, po obiedzie, który ugotowałem sobie na jednej z ławek ( znaczy na palniku, ale na ławce siedziałem ). Przeszedłem może z kilometr, gdy zszedłem z drogi w polną dróżkę i skręciłem sobie papierosa ( okazało się że mam w plecaku jeszcze kilka rezerwowych zapałek ). Spotkałem dziadka, który nosił klocki drewna z pola do samochodu. Zaświtało mi w głowie i zapytałem się go czy nie potrzebuje jakiejś pomocy. Zgodził się i zaoferował mi, że zapłaci mi 20zł za przeniesienie drewna, a sam wróci za 2 – 2,5h, bo pojedzie na obiad i zawiezie to co ma w samochodzie.

Roboty było sporo i gdy wrócił, to ledwo się wyrobiłem ze wszystkim. Praca była w pełnym słońcu, a komary i muchy gryzły i nie uprzyjemniały mi tego. Cały byłem w żywicy, podrapany przez gałęzie, w butach miałem tysiące różnych nasion i źdźbeł trawy, ale czułem satysfakcję że mogłem popracować dla kogoś. Na szczęście zostawił mi butelkę z wodą, bo to co miałem ze sobą nie wystarczyło by mi w tym gorącu. Przyjechał z żoną i przywieźli mi jeszcze trochę jedzenia – 2 bułki, białą kiełbasę, kaszankę i pomidora. Trochę zjadłem, a część zostawiłem sobie na kolację ( a wyszło finalnie że na śniadanie ;) ). Pomogłem zapakować drewno do samochodu dostałem pierwszą wypłatę od czasu Pasierb i szczęśliwy ruszyłem w dalszą drogę przez Zegrze Płd gdzie kupiłem sobie zapalniczkę i colę w puszcze, oraz wysępiłem papierosa w moim stylu.


Potem droga wiodła przez Jadwisin – miałem tam zejść na drogę nr 622, ale przy braku oznaczeń doszedłem do Stasi Lasu. Tam dostałem wodę od sołtysowej i znalazłem supermarket, gdzie kupiłem 2.5 l pepsi ( była w promocji za 4zł, a takiej ilości cukru nie mogłem zlekceważyć ;) ), kuskus, słonecznik, żubra w puszce i kawę – zostały mi równo 2zł w sakiewce, a więc znów bez pieniędzy, ale tak najlepiej mi się wędruje, bo nie asekuruję się pieniędzmi.


Robiło się już ciemno. Poszedłem przez Karolino szukając jakiegoś schronienia, lub miejsca na rozbicie namiotu i doszedłem aż do głównej drogi nr 62 i odbiłem w lewo w stronę Nowego Dworu Mazowieckiego. Było już ciemno. Szedłem z czołówką poboczem aż do drogi nr 622, którą pierwotnie miałem iść. Na szczęście nie był to długi dystans, bo mam uczulenie na TIR-y .

Tuż przy skrzyżowaniu z ową drogą znalazłem wiatę przystankową, a po drugiej stronie był zajazd i parking dla „bestii” na „T”. Stwierdziłem że zostaję tutaj na noc – miejsce nie najlepsze, ale bywały i gorsze.

Otworzyłem piwo i skręciłem resztkę tytoniu „z odzysku”. Potem ubrałem się ciepło, rozłożyłem karimatę na ławce i poszedłem spać

Sobota 31.08.2013 r.

Obudził mnie o 6.30 radiowóz na sygnale świetlnym. Z prawej strony samochodu wyszedł policjant i powiedział: „ hotel masz po drugiej stronie” Odpowiedziałem, że już się zbieram i pośpiesznie wygramoliłem się z kokona śpiwora. Okazało się, że nie zatrzymali się z mojego powodu, ale ze względu na TIR-a bez naczepy, którego zatrzymali w zatoczce autobusowej koło wiaty pod którą spałem.

Pozbierałem się, zaparzyłem kawę, do której dodałem Pepsi ( ohyda nie polecam nikomu tego połączenia smaków ) i poszedłem na drugą stronę drogi do zajazdu, bo widziałem że mają tam toaletę na zewnątrz budynku, a kawa zadziałała na mnie stymulująco.

Okazało się że mają płatne kabiny (zamek na 2zł otwierany ). Umyłem więc tylko zęby i zapaliłem tytoń, który znalazłem w okolicy. Doszło do mnie „ dziś są moje urodziny i chociaż sprawię sobie tą przyjemność i wysram się jak biały człowiek”.

Musiałem pójść do zajazdu, bo miałem co prawda 2zł, ale w drobnicy. Zamieniła mi je dziewczyna na recepcji na jedną złociutką dwuzłotówkę i poszedłem jak król do toalety, po drodze jeszcze zdobywając papierosa od kierowcy TIR-a na litewskich blachach ( na migi się dogadałem ).

Kabina od toalety okazała się otwarta ( nie sprawdzałem tego wcześniej ). Zamknięty był skobel tak ze drzwi same nie mogły się zatrzasnąć. To był pierwszy prezent od losu dzisiaj. Podładowałem przy okazji trochę telefon ( tym bardziej że posiedzenie trochę trwało ) i zostawiłem drzwi w takim samym stanie jak zastałem. Po wyjściu ( i umyciu rąk oczywiście ;) ). Zapaliłem papierosa delektując się nim do samych pomarańczowych granic i ruszyłem w drogę wspomnianą wczoraj trasą nr 622

Siedzę sobie właśnie w lesie na rozwidleniu dróg. Zatrzymałem się tu ze względu na potrzeby pęcherzowe, a przy okazji zaparzyłem sobie jeszcze kawy i nadrobiłem zaległości w pisaniu. Dobrze że tak się stało, bo jest to rozwidlenie, gdzie miałem skręcić w prawo, a znając życie, gdybym tego nie sprawdził poszedłbym dalej prosto. Czuję się trochę senny, są chmury na niebie i trochę się ochłodziło. Niebawem ruszam w dalszą drogę, bo taka pogoda jest świetna do chodzenia. Jest godzina 11 i znając życie, gdybym spał dziś w namiocie, to dopiero bym się z niego wyczołgiwał ;)


Droga wiodła przez Wólkę Zalewską, Powielin, Błędostowo, Mieszki Kuligi do Mieszek Leśników, gdzie pod wiatą zdecydowałem się na ugotowanie obiadu. Niedługo po ugotowaniu przeze mnie obiadu przyjechał mężczyzna czarnym audi. Poczęstował mnie „pifkiem”, wódką i papierosami ( przyznałem się niechcący gdzieś w rozmowie że dziś skończyłem 30 ). To był dopiero jak się okazało początek.

Pojechaliśmy później do sklepu, kupił mi prowiant na drogę i udaliśmy się do niego do domu, gdzie poznałem jego rodzinę. Jego matka była na początku bardzo nieufna względem mnie, ale po jakimś czasie i po spisaniu ( na wszelki wypadek ;) ) moich danych osobowych z dowodu z dowodu powoli zaczęła zmieniać do mnie nastawienie.

Umyłem się, napiłem kawy, a wieczorem pojechaliśmy na gminną zabawę, lub dyskotekę do Pokrzywnicy. Takie hity jak „ona tańczy dla mnie” leciały przynajmniej z 5 razy w ciągu wieczora ( Adam jeśli to przeczyta pewnie będzie wniebowzięty, że tak „umilali” mi zabawę tym utworem ). Samochód prowadził Piotrek znajomy Sławka ( gospodarza ). Było to ciekawe doświadczenie, choć na tańce, ani poznawanie miejscowych piękności nie miałem sił, tym bardziej że nie znałem układu sił, a ewentualna bójka nie była czymś o czym marzyłem. Delektowałem się za to ich obecnością, rozmowami i alkoholizowanie się w dniu moich 30 urodzin ( nie sądziłem że coś takiego może się pojawić tego dnia :D )

Wyszło tak, że wróciłem osobno od Sławka, bo chłopak zasiedział się trochę na zabawie ( i trochę wstawił – ja nie byłem lepszy, ale nie miałem już sił). Do jego domu dotarłem około 2. Nie chciałem samemu wchodzić do jego domu, a że miał otwarty samochód, a do tego był tam mój plecak, więc instynkt przetrwania kazał mi wejść do środka. Spałem na tylnym siedzeniu owinięty śpiworem. Nie powiem spało się źle i niewygodnie i często się budziłem, bo drętwiały mi kończyny ( i dolne i górne). Nie spodziewałem się, choćby w połowie takiego rozwoju wypadków i urodziny spędziłem wyśmienicie :D

Niedziela 1.09.2013 r

Około 10 wygramoliłem się w końcu z samochodu, pogadałem chwilę z siostrą Sławka i dowiedziałem się że pojechała po niego samochodem – więc wrócił do domu. Nabrałem wodę do butelki, ubrałem się do podróży, spakowałem rzeczy, które były niespakowane, cały czas odganiając małego kota, bo chciał mi pożreć kiełbasę, którą dostałem na drogę i poszedłem w dalszą drogę. Nie pożegnałem się niestety, bo nie spotkałem nikogo z domowników przez ten czas, a nie chciałem samemu wchodzić do ich domu.


Poszedłem na przystanek, gdzie wczorajszego dnia skończyłem podróż, zjadłem chleb z pasztetem i kiełbasę, które dostałem na drogę, zaparzyłem kawę, spaliłem jakieś resztki tytoniu i poszedłem na Winnicę. Odpocząłem na trawniku koło kościoła i natrafiłem na procesję wzbudzając żywe zainteresowanie jej uczestników.

Dziś rano trochę padało, a później zaczęło mocno wiać. Droga prowadziła mnie dalej na Gąsiorowo. Zrobiłem tuż za Winnicą postój na drugie śniadanie.

W miejscowości Gnaty Lewiski zagadałem do pewnego mężczyzny, który naprawiał ogrodzenie i poczęstował mnie papierosami. Po dłuższej rozmowie dowiedziałem się że w Bielanach mogę dorobić przy zbiorach truskawek. Wyjaśnił mi dokładnie jak tam dojść.


Tak zrobiłem i dotarłem na miejsce, o którym mówił. Porozmawiałem z właścicielem ( Radkiem), w skrócie opowiedziałem o swojej podróży, dowiedziałem się trochę o truskawkach deserowych i umówiłem się na jutro na godzinę 7 na zbiory. Wskazał mi też miejsce, gdzie jest opuszczony budynek i mogę przenocować nie będąc niepokojony przez nikogo.

Z budynku nie skorzystałem, bo zarośnięte były oba wejścia.


Siedzę sobie przy opuszczonym domu, piszę i obserwuję formacje chmur, przez które prześwituje słońce. Jest chłodno przez wiatr, który ciągle duje. Jestem zmęczony po wczorajszej imprezie i raczej niewyspany. Od „truskawkowego szefa” dostałem paluszki i colę zero. Zostało mi jeszcze trochę tytoniu, który zaraz zapalę i zastanawiam się czy mam siły czekać na zachód słońca, czy iść od razu spać. Ciekawy jestem jutrzejszego dnia i tego jak dobry jestem jako zbieracz truskawek. Dochodzi 19 więc do zachodu słońca już niedaleko – wytrwam raczej, choć sił mało. Jutro raczej za mocno się nie nachodzę ;)

Poniedziałek 2.09. - Piątek 6.09.2013 r.


Był to wspaniały okres przy zbiorach. Bardzo się zżyłem z ludźmi, z którymi pracowałem ( głównie były to kobiety, które były dla mnie jak matki ), z państwem Glinickimi, którzy mnie przygarnęli, gościli i karmili.


Jestem bardzo wdzięczny za wszystko co mnie spotkało, za rozmowy, opiekę i nocleg, który mi zapewnili ( w stodole na kanapie, gdzie codziennie spała ze mną w nogach suczka imieniem Majka – straszna pieszczocha ;) ) Ciężko mi było opuścić to miejsce i będzie mi brakowało tego czasu.


Wiem że nie jestem „urodzonym zbieraczem” truskawek, a warunki fizyczne mi tego nie ułatwiają. Moje wyniki były raczej mniej niż skromne, ale starałem się z całych sił. Będzie mi Was wszystkich bardzo brakowało.



Dziękuję za to, że mimo iż byłem obcą osobą nawiązaliście ze mną tak otwarty kontakt. Dziękuję wszystkim dziewczynom, z którymi pracowałem na polu, za to że mnie wspierały, doradzały, dokarmiały i były dla mnie tak życzliwe. Nie będę wymieniał poszczególnych imion ( tym bardziej, że mimo najszczerszych chęci mógłbym się pomylić i zawsze miałem problem z ich zapamiętywaniem ). Mam za to dobrą pamięć do twarzy i w moich wspomnieniach zostaniecie na długo. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś tu wrócić.



Niech Was Bóg błogosławi i ma w Swojej opiece. Ja ze swojej strony będę się starał przekazywać dalej dobro, które od Was otrzymałem, aby świat stawał się coraz piękniejszym i przyjaźniejszym miejscem, aby miłość braterska i siostrzana triumfowała na świecie.


Kocham Was wszystkich i mam cichą nadzieję, że uda nam się jeszcze spotkać w tym gronie...

c.d.n









poniedziałek, 30 września 2013

Podróż przez Polskę na piechotę oczami Jarka


Z drugiej perspektywy
Do Piotra dołączyłem w poniedziałek 12.8. Po pobudce o 3.30 wsiadłem do pierwszego pociągu o 5.00. Ok 8.00 byłem gotów żeby wystartować na stopa trasą ze Słubic do Łodzi. U celu byłem ok. 17.00.
Piotrka poznałem we Wrocławiu kilka miesięcy wcześniej na imprezie, gdzie królowały koszule slim fit, pulowerki z kołnierzem na „V” i czarne t-shirty. Ja też nie byłem wyjątkiem. On nim był.
Piotr doskonale o tym wie i przyjmuje to, jak wszystko inne z uśmiechem i przymrożeniem oka. Patrzysz na gościa w rozszarpanych spodniach i nie wiesz co masz o nim myśleć. Życie pokazuje, że najlepiej z nim porozmawiać zanim go ocenisz. Był dla mnie zagadką, a okazał się być wyjątkowy, choć sam o sobie mówi że jest nikim. Spodobała mi się w nim ta beztroskość, skromność, spokój, wiedza, akceptacja otoczenia i jednoczesne zlanie na wszelkie konwenanse. Jest inny i nie stara się być kimś. Stara się odkryć siebie. Skosztuje każdy smak jaki zaserwuje mu życie. To jeden z najciekawszych ludzi jakich poznałem.

W Łodzi dołączyłem do „obozu”, który mieścił się w mieszkaniu kumpla w samym centrum, z którego balkonu było widać najbrzydszy obiekt jaki wybudowała ludzkość - gmach TVP Łódź. Spodziewałem się, że czeka tylko na mnie i zaraz możemy ruszać. Jemu jednak się nie śpieszyło. Delektował się luksusami cywilizacji, gotując przy tym carbonare. Można było się tego spodziewać od człowieka który ostatni miesiąc żył namiocie. Ja też miałem zostać częścią tego, co dopiero później mnie uświadomiło, ile wyrzeczeń to kosztuje.
Wieczór minął skromnie i przyjemnie. Na deptaku, przy piwie i papierosie, obijając rozmowy o każdy temat. Niczego więcej nam nie było trzeba… choć widok czmychających czasem ślicznych kobiet, przypominał nam, że o czymś zapomnieliśmy. Eh, gdyby nam się chciało wstać…

Rano zauważyłem pierwsze różnice między nami. On jeszcze śpi, kiedy ja od 2 godzin przewracam się z boku na bok. Najwidoczniej mu się nie śpieszy. Ja byłem zdeterminowany dojść w tydzień do Stolicy. No tak, Piotra czas nie gonił. Z mieszkania wyszliśmy ok. 14.00. Patrząc na Piotra, jak zbiera się do założenia 30kg plecaka, widziałem, że ten pierwszy krok nie przychodzi mu łatwo.
Gdzie idziemy? W prawo czy w lewo? W lewo! - Błąd. Z miasta wyszliśmy zbyt późno, a trekking po mieście do najprzyjemniejszych nie należy. Dostałem wtenczas zabawkę, z którą nie rozstawałem się niemal cały tydzień - kompas. Tak zostałem mianowany nawigatorem. Byłem strasznie dumny.
Powoli zapadał zmrok, a my mieliśmy rozbić nasz wspólny pierwszy (prawdziwy) obóz. Usytuowaliśmy się nieopodal wioski za górką ,w niewidocznym miejscu. po środku ścierniska. Zaczynałem łykać klimat. Przede mną pola, księżyc i gwieździsta noc. Wdychaliśmy wilgotne powietrze łąki i popijaliśmy herbatę. Szczęście chciało że w tę noc spadały perseidy. Jedna aż rozbłysła i zapierało dech w piersiach. Zaczynały się pierwsze refleksje.

Tak, jestem już tego pewien. Piotrkowi się nie śpieszy. Lubi spać, a ja lubię działać. Nie śpię od paru godzin, nudzi mi się i nie mam z kim pogadać. Zaparzę chociaż matę, przy okazji (przypadkiem) go obudzę, co będę czynił jeszcze wielokrotnie w tym tygodniu. Chcesz matę? Gdzie ją masz? A gdzie masz bombille? Chcesz się napić? No i Piotr wstał. Wiem że działa mu to trochę na nerwy, bo nikt nie lubi być budzony. Jednak nawet się nie poskarży, bo w końcu zaparzyłem mu ziółek. Poza tym nigdy nie będzie narzekał, co mnie trochę irytowało.

Oprócz chodzenia, spędziliśmy dzień na myciu garów w czyimś ogrodzie, piciu kawy w lesie, plądrowanie sadów i cieszeniem oka polnymi widokami. Przy okazji kupiliśmy swojskie mleko i jajka. Wieczorem usytuowaliśmy się pod sklepem gdzie najlepiej poznać tutejszych mieszkańców.
Zadziwiająco łatwo nawiązujemy rozmowy. Wystarczy ściągnąć plecak, odpocząć przy piwie i czekać. Z historii jakie usłyszysz, można napisać książkę lub nagrać film. W końcu życie pisze najlepsze scenariusze. Rozbiliśmy się w lesie niedaleko drogi.

Nazajutrz obudził mnie przejeżdżający lasem skuter. Znów wstałem wcześniej i znów psułem poranek Piotra. Chcesz matę? Gdzie masz bombille?
Powoli zbierał się do kupy. Kiedy ubierał spodnie i zaciągał pasek na ostatniej dziurce ze śmiechem stwierdził że będzie musiał wydłubać kolejne dziury. Biedak w miesiąc schudł niemal 10kg. Parę miesięcy temu był z niego kawał chłopa.
Ruszyliśmy marszem przez kolejny rezerwat, tam dopiero na śniadanie zrobiliśmy kaszkę z zakupionego mleka i żółtek. Pomyślisz że skromnie? Dla nas rarytas.
Dziś główną przekąską były śliwki. Droga między polami była ciężka. Wszystkie męki po to, żeby po kilkukilometrowym odcinku zostać poczęstowany przez nieznajomego, nabitą lufą. Nasze myśli stały się rzeczywistością. Niestety zgubiłem orientację. Prymitywny kompas i czytelna mapa zdały się bezużyteczne. Nie wiedziałem jak je rozszyfrować. Najlepszym pomysłem było pójść skrótem przez las. Las był soczysty i bogaty. Emanował spokojem. Życie w nim tętniło, wszystko było interesujące i przykuwało uwagę. Byłem w odpowiednim miejscu w odpowiednim stanie.
Po przerwie na matę na polu ścierniska, ruszyliśmy do ostatniej wioski. Trafiliśmy do Przyłęku Dużego gdzie nastał już wieczór. Usiedliśmy pod sklepem i zaczęły się już rozmowy.

Piotr nigdy ludzi o nic nie prosił, oprócz wody. Sztuczka polegała na tym że często dostawał więcej. Żył z tego co miał w plecaku, owoców jakie znalazł, lub z tego czym częstowali nas ludzie. Tak więc kiedy chciał znów odkupić papierosa za złotówkę, otrzymał ich za darmo kilka, zostaliśmy poczęstowani pizzą, wódką oraz znalazły się dla nas materace na których mogliśmy spać za remizą strażacką.
Rano właściciel sklepu dał nam jeszcze bułki, mortadelę, wodę i paczkę papierosów. W dodatku umyliśmy się i wypucowaliśmy naczynia. Wszystko to bez proszenia i naciągnia. To zadziwiające jak bardzo ludzie chcą pomóc, pomimo wszechobecnej opinii, że coś takiego w Polsce się nie spotyka. Napotykani ludzie chcieli w tym marszu uczestniczyć. Każdy z nich dodał coś od siebie, co sprawiało że kolejne 5km szło się łatwiej. Czy to woda, papieros, bułka czy słowa otuchy.
Ten dzień był ciepły, pełen kurzu, ale wyjątkowo miły z racji wczorajszej gościnności. Popijaliśmy matę pod brzozami i oglądaliśmy przebieg żniw. Minimalistyczne, jak wszystko co nas codziennie spotykało, ale jak cenne i piękne. Takie widoki mnie pochłaniają. Staję się częścią pleneru.




Podczas takiej zadumy, gdzie od czasu do czasu rzucaliśmy sobie nawzajem jakimiś refleksjami dot. życia, doszliśmy do jego doświadczania jego smaków (Piotr jest kucharzem od kilku lat). Tak spontanicznie doświadczyliśmy smaku mrówek. Są kwaśne, te czerwone najbardziej.
Mijając krzyże i kapliczki, zastanawiałem się jaki wpływ ma ten wyjazd na człowieka. Bo czuję że wpływa on bardzo na to, pod jakim kątem zaczynam patrzeć na otoczenie. To nie tylko podróż w miejsca, ale też odkrywanie siebie.
Podróż Piotra przypominała pielgrzymkę, choć wiem, że do najświętszych nie należy, mimo to, to dobry człowiek. Jak sam podsumował, różnica jest taka, że u nas się pali, pije i przeklina.

Humory dopisywały nam do samego wieczora. Kiedy trafiliśmy wieczorem do Makowa. Chcieliśmy z początku poszukać noclegu u proboszcza na parafii, ale w międzyczasie wdaliśmy w rozmowę z sympatycznymi panami idących na próbę orkiestry dętej, którzy nas poczęstowali bimbrem. I tak się zaczęło. Uczestniczyliśmy na próbie, a po niej poszliśmy pod sklep. Z stamtąd poszliśmy do domu jednego z napotkanych muzyków, który ugościł nas kolacją i raz jeszcze bimbrem. Nocowaliśmy na kanapie w garażu. Jak dla mnie, był to jak dotąd najwygodniejszy nocleg. Rano zaproszenie na śniadanie mistrzów a potem dalej w drogę. Z Makowa ruszyliśmy w kierunku Skierniewic.
Podczas marszu, człowiek wpada w trans i sporo myśli nad sobą i swoim życiem. Jestem rozbrykanym gościem i oprócz wiedzy, mam w głowie miejsce zwane „mindfuck”. Czasem przerywałem tę ciszę jakąś głupią myślą, która mnie rozbawiła lub piosenką. Z początku dziwnie się z tym czułem, bo myślałem że mu to przeszkadza. Piotr jednak dopingował mnie żebym się wyluzował i był po prostu sobą. W końcu też jestem częścią tej wycieczki. Piotr ma wyjebane.
W Skierniewicach pod sklepem poczęstowano nas piwem i papierosami. Tam zorganizowałem też palenie. Wyjście z miasta nie należało do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych.

Szliśmy wzdłuż torów. Za cel postanowiłem sobie przejście przez rzekę Rawę i dotarcie do Bolimowskiego Parku. Późnym popołudniem, po całodniowej diecie opartej głównie na śliwkach, dotarliśmy do rzeki. Kąpielisko na niej znajdowało się pod wiaduktem. Rzeka była czysta i ciepła. Bardzo doceniliśmy te walory. Miejsce idealne żeby się „wychillować”. Piotr zaczął pisać, a ja coś skręcać. Wypiliśmy po piwie, a kiedy zapadał już zmrok, ruszyliśmy dalej na drugą stronę rzeki, tam zaraz na drugim końcu odpaliliśmy skręta. Kilkaset metrów dalej rozbiliśmy namiot pod dwoma dębami., kilka metrów od rzeki, naprzeciw łąki. Cisza, spokój i las. Lepszej „miejscówy” nie mogliśmy znaleźć.

Leżąc na zewnątrz w śpiworze, do późna popijaliśmy sobie yerbę i rozmawialiśmy o życiu. Chyba wtedy naprawdę się z Piotrem poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy.
Nad ranem nasz widok zdziwił przejeżdżających drogą wędkarzy. Zdążyliśmy tylko sobie pomachać na dzień dobry. Kiedy już Piotr wstał wpadł na ciekawy pomysł żeby się wykąpać w rzece w stroju: „jak Bóg nas stworzył”. Właśnie wtedy powstało jego aktualne zdjęcie profilowe na FB. Miałem mieszane uczucia robiąc zdjęcia gołemu facetowi w rzece. Z jednej strony, spoko, zabawne, z drugiej myśli: „czy ja właśnie robię sesje zdjęciową nagiemu facetowi?”. Później ja wskoczyłem do wody aby doświadczać bliskości z przyrodą i ku mojemu zaskoczeniu rzeczywiście się nią czuje. Stałem tak do pasa w wodzie, zupełnie goły, sam. Wokoło tętniło leśne życie, a ja się czułem bez mojego materialnego bytu zupełnie prymitywnie, nagi, niemal bezbronny i jakoś tak surowy. Byłem też częścią lasu. Mogłem się z nim zmagać i walczyć, lub z nim współgrać. Oczywiście byłem też nagim facetem brodzącym w rzece gdzieś w środku gęstego lasu.

Po śniadaniu zebraliśmy się w dalszą drogę. Ten dzień był męczący. Gorący i trudny. Długie odcinki leśnymi bezdrożami i torami. Dzisiejsza dieta opierała się na jeżynach, a ta survivalowców, których spotkaliśmy po drodze na pieczonych pasikonikach.
Po południu w Wygodzie, po ostatnim piwie, na trasie do Żyrardowa rozstaliśmy się z Piotrem. Ja poleciałem dalej na stopa i pociągiem w trasę do domu, a Piotrek dalej z buta nad morze.

Miło wspominam ten cały spędzony czas. Poznałem kogoś blisko, przy tym poznając siebie. Rozmowy i rady jakie mi Piotr dał na przyszłość bardzo mi pomogły. Za to mu bardzo dziękuję.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Piesza wędrówka po Polsce 2013 r. część 3 Łódź - Warszawa



Wtorek 13.08.2013

Wyruszylismy w drogę późno, bo około 14. Okazało się do tego, że nie w tym kierunku co trzeba ( nie wiem dlaczego ubzdurałem sobie, że przyszedłem do Łodzi z północy ). Długo nadrabialiśmy drogę i przeszliśmy przez Widzew. Potem przez tory kolejowe do miejscowości Andrzejów, gdzie rozbiliśmy namiot na ściernisku.

Środa 14.08.2013 r.

















Wyruszyliśmy z Andrzejowa około godziny 9, po wypiciu kawy. Drogę obralismy na Wiączyn, potem lasami do Teolina, dalej odbilismy z 72 na Moskwę, gdzie ugotowaliśmy sobie obiad pod wiatą. Z Moskwy piękną drogą przez Park Krajobrazowy Wzniesień Łódzkich do miejscowości Jaroszki. Po drodze była duża obfitość owoców ( brzoskwinie, śliwki, jabłka, wiśnie, mirabelki ) i wzięliśmy zapasy na drogę. Dalej na Buczek aż do Grzmiącej, a potem do drogi nr 708 i miejscowości Tadzin. Jarek zagadał do ludzi w sprawie umycia się. Zrobiło się ciemno, skręciliśmy z głównej drogi w las i rozbiliśmy namiot. Na wieczór jeszcze słuchanie Advahuty i sen.

Czwartek 15.08.2013 r.


Wstaliśmy późno (a przynajmniej ja ;) ), poczekaliśmy aż namiot wyschnie z rosy, napiliśmy się kawy i ruszyliśmy drogami szutrowymi pod miejscowością Syberia. Przecięliśmy drogę nr 704 i dalej przez Mrągę do Józefowa. Tam zagadałem do pewnego gościa bo chciałem odkupić od niego papierosa. Zasięgnęliśmy informacji i finalnie wyszło tak że zapaliliśmy z nim trochę zielska, a do tego dał nam też na drogę.

Jarek nawigował. Nie było za bardzo odpowiadających nam dróg, więc kierowaliśmy się leśnymi ścieżkami za pomocą kompasu. Podczas jednego z postoi jedliśmy mrówki – ciężko powiedzieć jak smakują, bo są chrupiące, a niektóre kwaśne przez kwas mrówkowy, ale to raczej wszystko co można o nich powiedzieć. Ciężko traktować je jako pokarm,
bo najedzenie się nimi zajęło by trochę czasu. Był to zdecydowanie eksperyment, a nie konieczność ;)

Po yerbie i odpoczynku pod zagajnikiem,gdzie doszliśmy do siebie po zielsku i mrówkach zebralismy się w sobie i dotarliśmy do Przyłęku Dużego. Pod sklepem zagadałem do pewnego mężczyzny ( a jakże o fajki ;) ) - okazał się właścicielem tego sklepiku. Poczęstował mnie i to kilkoma sztukami, a sytuacja rozwinęła się tak, że najedliśmy się i pizzy,napiłem się wódki i piwa, a do tego zapaliliśmy to co zostało z pewnym Przemkiem. Na noc dostaliśmy materace wojskowe i rozbiliśmy namiot za sklepem, który był na terenie należącym do straży pożarnej, a mężczyzna ze sklepu jej szefem ;) Spać poszliśmy około 23 bo zmęczenie dopadło z ogromną siłą i spało się wyśmienicie na tych materacach. Zaliczyłem drugiego kleszcza w bardzo niewdzięcznym miejscu, blisko „części niesfornych”


Piątek 16.08.2013 r.





Po 8 obudził nas właściciel sklepu. Umyliśmy się, dostałem paczkę fajek na drogę ( choć tym razem chciałem zapłacić za kilka sztuk, bo było mi głupio), a do tego dostaliśmy prowiant na drogę. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, dostałem adres i obiecałem że jak dotrę do Stegny to wyślę kartkę znad morza ( o ile będę miał pieniądze ).







Ruszyliśmy przez Bonarów, potem na Krosnowę, Zagórze do Lipiec Reymontowskich. Potem na Chlebów, a następnie na Maków.

Przywitałem się w tym miasteczku, które nie ma praw miejskich z dwójką mężczyzn i od słowa do słowa wyszło że idą na próbę orkiestry dętej i odprowadzą nas na parafię ( mieliśmy pierwotnie plan, aby przenocować na plebanii ), ale wyszło inaczej. Poczęstowali nas bimbrem i trafiliśmy finalnie na tą próbę ;) Stwierdziłem że skoro jestem w cywilizacji, to skorzystam z toalety. To był piękny moment, gdy siedząc na kibelku nagle usłyszałem kilkadziesiąt instrumentów na żywo, grających znane i nieznane mi utwory (cudowne metafizyczne tym bardziej że mając „traumę” po lasach trwało to dość długo).

Po powrocie nasyciłem się widokiem pięknych młodych dziewczyn. Dwie godziny uczty muzycznej. Po próbie poszliśmy wspólnie na piwo ( w kilka osób z próby, oraz z 70 letnim sołtysem ) i finalnie wylądowaliśmy w garażu jednego z muzyków, wcześniej korzystając z prysznica i jedząc co nieco, podlane bimberkiem...dużo się nie udało bo zmęczenie zrobiło swoje

Sobota 17.08.2013 r.

Rano obudził nas gospodarz, zjedliśmy kiełbasę i chleb oraz różne specjały. Ruszyliśmy w dalszą trasę kierując się na Skierniewice przez Brzosty i Zwierzyniec. W Skierniewicach zagadaliśmy do chłopaków przed sklepem i wyszło na to że załatwią nam trochę zieleniny. Posiedzieliśmy trochę czekając na handlarza i pewien miły gość niespodziewanie kupił nam pifko. Przeszliśmy przez centrum, kupiliśmy trochę bibułek, Jarek mi zasponsorował kruszarkę do tyteksu i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po drodze spotkaliśmy pewnego chłopaka, który zaoferował się że zaprowadzi nas do neogotyckiego dworca kolejowego, gdzie znów spełniłem swoją potrzebę fizjologiczną, której nie lubię spełniać w lasach. Dziś ja byłem nawigatorem.

Wyszło na to że poszliśmy wzdłuż torów szutrową drogą, aż do Rawki, gdzie odpoczęliśmy chwilę przed sklepem, a Jarek kupił łakocie i piwo, a ja załatwiłem kilka fajek. Niedaleko była rzeczka o tej samej nazwie co wioska należąca do Skierniewic. Zimna, ale przyjemność umycia się w niej była cudowna. Posiedzieliśmy trochę nad nią, potem mostem kolejowym przeszliśmy na drugą stronę i znaleźliśmy świetne miejsce pod dwoma starymi dębami i w ich cieniu rozbiliśmy finalnie namiot.

Siedzieliśmy do 1 opowiadając historie ze swojego życia, paląc co nieco, pijąc yerbę i delektując się wypoczynkiem w tym miejscu. Cudowny czas gdy z Jarkiem poznaliśmy się mocno. Mogę szczerze powiedzieć, że pokochałem tego człowieka miłością braterską ( żeby nie było, bo pewnie komuś się to pytanie nasunie – nie przekroczyliśmy granicy miłości platonicznej ;) ). Wiedziałem że następnego dnia kończy się coś, bo nasza wspólna podróż dobiega końca. Ja idę dalej na Warszawę, a Jarek jedzie odwiedzić rodziców. Coś się kończy i coś zaczyna jak to w życiu bywa i trzymanie się kurczowo, tego czego nie można utrzymać jest zgubne. „Jestem bezkresny jak niebo” na którym pojawiają się czasami chmury. Należę do wszystkiego, wszystko przenikam i ze wszystkim jestem złączony. Rozłąka jest złudzeniem umysłu, a „ja” nie ma granic.

Niedziela 18.08.2013 r.

Wstaliśmy raczej późno, niż wcześnie. Spotkaliśmy z rana rybaków i myśliwych, którzy do witali się z nami serdecznie wiedząc jak pięknie jest tak nocować.Umyłem się jeszcze w rzece i powolny wymarsz.



 Ruszyliśmy najpierw drogą przez las, potem prawdopodobnie przez Wołgę. Trochę szliśmy wzdłuż torów, po drodze trzeba było znaleźć wodę i dość szybko to się udało. Mieliśmy wyżerkę jeżyn przy leśnej drodze, a na koniec piwo z miejscowymi pod sklepem.

Drogi nasze rozeszły się w miejscowości Wygoda, gdzie Jarek przerzucił się na autostop, żeby dojechać do Żyrardowa, a ja ruszyłem drogą koło Puszczy Mariańskiej na Olszankę, Wolę Polską do miejscowości Górki, gdzie zrobiłem sobie obiado-kolację i stwierdziłem że będę szukał już powoli noclegu. Rozbiłem namiot niedaleko drogi,ale byłem dobrze osłonięty drzewami, a widok miałem na łąki i lasy i nie było w pobliżu zabudowań. Spało się dobrze, mimo że w nocy obudził mnie deszcz.





Poniedziałek 19.09. 2013 r.

Wstałem dość późno po części dlatego, że padał przelotny deszcz. Gdy było dłuższa chwila bez deszczu i spakowałem namiot, akurat w momencie, gdy znów zaczęło padać. Ruszyłem w drogę przez Lublinów do Mszczonowa. Tam zaparzyłem sobie kawę i zapoznałem się z miejscowym mężczyzną, który dał mi na drogę paczkę własnej roboty papierosów. Proponował też obiad, ale stwierdziłem, że jak najszybciej chcę dotrzeć do Warszawy, a że była godzina 15 stwierdziłem że się jeszcze trochę tego dnia przejdę, po części dlatego, że chciałem już trochę odpocząć i dotrzeć w miarę szybko do Warszawy.





Postanowiłem sobie, że najpóźniej jutro chciałbym być na miejscu. Dziś minął miesiąc dokładnie, od momentu gdy wyszedłem z Wrocławia. Podróż mnie już męczy, ale stwierdziłem, że póki będzie to możliwe, to będą kontynuował swoją wewnętrzną misję. Nie wiem jeszcze dokładnie do czego mnie to doprowadzi, ale wiem, że jestem na właściwej ścieżce swojego życia i jeśli nie ukończę tej podróży, to będzie mnie to wewnętrznie męczyć.

Ze Mszczonowa ruszyłem drogą na Ciemno-Gnojną do Piotrkowic. Tam stwierdziłem że idę nie na Tarczyn, ale do krajowej 8 na Warszawę. Stwierdziłem że jest realne przejść ten dystans w ciągu jednego dnia i zrobię sobie mały maratonik jutrzejszego dnia nawet jeśli miałbym się mocno zajechać.

Finalnie doszedłem do miejscowości Skuły, gdzie postanowiłem że zagadam do księdza na parafii i spytam się o możliwość noclegu. Nie wiedziałem jednak czy jest, a nie chciałem wchodzić na teren prywatny. Stwierdziłem że zrobię to w klimacie Zen. Siadłem na dziedzińcu przed kościołem i czekałem, aż coś się wydarzy, lub wróci ksiądz.

Siedziałem tak z godzinę i zacząłem trochę pisać. Czasami ujadały psy, lub ktoś w oddali przechodził. W którymś momencie przechodziła koło mnie pewna kobieta. Zapytałem się czy wie może czy ksiądz jest na parafii i wyjaśniłem swoją sytuację ( plan rezerwowy miałem taki, żeby spać pod wiatą, bo niedaleko był przystanek, choć jest to dla mnie znana rzecz, a od czasu lubię próbować nowych dla mnie sposobów przenocowywania).

Wróciła po jakiejś chwili i okazało się, że nie ma nikogo na parafii, ale mogę się rozbić z namiotem na jej trawniku przed domem. Tak zrobiłem. Zapytała się czy czegoś potrzebuję ( pojawiły mi się różne zboczone myśli, ale finalnie odpowiedziałem, że wszystko mam czego mi potrzebne ;) ).

Zasnąłem szybko.
Wtorek 20.08.2013 r.

Rano zebrałem się około 9. Stwierdziłem że skoro mnie nikt nie budzi to mogę spać. Nie zastałem nikogo, więc poszedłem po prostu dalej, po spakowaniu się.

Na przystanku zaparzyłem sobie kawę i ruszyłem przez Kaleń, Kaleń - Towarzystwo do Siestrzenia przy krajowej 8.

Potem długa droga główną drogą, przez miejscowości, aż do Nadarzyna, gdzie na przystanku zrobiłem sobie obiad ( nie byłem przyzwyczajony do ludzi na przystankach, a tu już jeździły autobusy ZTM – ludzie patrzyli na mnie jak na kosmitę,ale miałem z tego dobry ubaw, bo to ich problem, że nie mogą się odnaleźć w tej sytuacji a nie mój) . Zmęczenie dawało mi się we znaki, do tego główne drogi są hałaśliwe i w gruncie rzeczy nudne. Ich zaletą jest to, że są szybsze ( w sensie mniejszy dystans się robi, niż idąc pobocznymi ) i mają stacje benzynowe, gdzie można skorzystać z toalety ( oł je :D ) i nabrać wody do butelki.

Do Janek doszedłem późno bo około 20. Byłem już wyczerpany, a do Warszawy jeszcze spory kawałek. Komunikacja autobusowa kusiła jak cholera, żeby z niej skorzystać, ale chciałem dojść o własnych siłach. Zmierzałem na Służew, gdzie chciałem skorzystać z gościny u Bercika.

Gdy doszedłem na Okęcia byłem wyczerpany. Robiłem przerwy co pół godziny, po pół godziny. Skończyły mi się zasoby nikotyny a wszyscy, których spotykałem tłumaczyli się tym że właśnie skończyli paczkę. Nie polemizowałem ;)

Przed pewnym hotelem zapytałem dwóch mężczyzn o drogę do Galerii Mokotów. Nie mówili po polsku – oboje byli z Rosji ( jeden z nich ma kilka restauracji w Kaliningradzie ). Poczestowali mnie Ballantine's-em i papierosem. Trochę porozmawialiśmy, choć po angielsku szło to opornie, a moja znajomość rosyjskiego jest dość ograniczona. Po pół godziny ruszyłem dalej i na Służew dotarłem po 23.

Umyłem się ( cudowne jak zwykle uczucie, lub jeszcze lepsze ;) ) napiliśmy się z Bercikiem whisky i padłem jak zabity spać. Z tego co google maps mi wyliczył przeszedłem tego dnia 38,1 km i dało mi to mocno w kość.